Zapisz się do newslettera:




HOME / W numerze

W NUMERZE

ISSUE

27

SŁOWO OD REDAKTORA

Miał na nas czekać. Kierowca. Pod hotelem. W Moskwie trzeba zaplanować podróż na lotnisko wcześniej. Znacznie. Bo pojęcie korków. Inny. Bardziej intensywny ma u Sowietów wymiar. Wyjechaliśmy więc cztery godziny wcześniej. Przynajmniej mieliśmy taki plan. Kierowcy jednak nie było. Samochodu również. Za to stado ochroniarzy prezydenta Azerbejdżanu okupowało wejście. Jak się okazało później, z powodu tej wizyty właśnie nikt pod hotel nie podjechał. Zablokowali wejścia, wjazdy wszelkie. Cenny czas uciekał. Stresu przybywało, bo Moskwy nie lubię. I chętniej z niej wyjeżdżam, niż do niej wracam. Nie tylko dlatego, że kolejne wizyty w tym mieście uświadamiają mi, iż osiem lat życia zmarnowałem. Miałem szansę przez państwo zagwarantowaną, by rosyjski posiąść w mówię i piśmie. A jak pół debil się czuję, szukając słów, zdań co bardzo w zakamarkach mózgu się ukryły. Zmarnowałem szansę, by kolejny raz czuć się człowiekiem. Schiller, słynny niemiecki poeta, napisał przecież „tak wiele razy człowiekiem być możemy, jak wiele języków znamy". Rosjaninem już nie będę. Dodatkowym motywem, by ewakuować się o czasie, są wszechobecni tajniacy wyrastający spod ziemi, gdy tylko okiem kamery chcesz coś zobaczyć, pokazać.
Z recepcji bardzo na bogato zrobionego hotelu zorganizowano nam taksówkę. Czarna wołga podjechała, co w dzieciństwie powodem lęków była. Większym jednak wizja pozostania w mieście Putina. Pojechaliśmy. Ale bez kierowcy. Ten bowiem w ramionach Orfeusza przebywał. Był, ale jakby go nie było. Facet ledwo oczy otwierał. Mrugnięcie powiekami trwało pięć sekund. Nie wiem, co widział. My w lusterku wstecznym zasypiającego, jeśli nie śpiącego gościa. Próbowałem go zagadywać, pobudzać. Stworzyć szanse na szczęśliwe do lotniska dotarcie. Ale z taką znajomością języka albo z tak śpiącym facetem wołgą jadącą sto na godzinę było to raczej niemożliwe. Byliśmy głośni, z moim operatorem, który choć nocy nie przespał, zdrzemnąć się nie chciał. Siedział jak na szpilkach, śmiał się, gestykulował, by kierowca kompletnie nie odpłynął. Były momenty ożywienia. Nadziei, gdy wszyscy na kierowcy sugestie zaczęliśmy palić. Pić wodę, jeść cukierki wspólnie. Licząc, że się rozbudzi. Najdłuższa podróż w moim życiu. Martwiłem się później, jak młody rosyjski, umęczony nocą taksówkarz wrócił do miasta. Sugerowałem, by się zdrzemnął z godzinkę na parkingu. Pokazując, jak dziecku rączki złożone pod policzkiem. Machnął ręką, mówiąc „To tylko senność", i wrócił do Moskwy. Mam nadzieję, że bezpiecznie.
Podobne potrzeby w tym zakresie mamy wszyscy, bez względu na kraj urodzenia, szerokość czy długość geograficzną, w której żyjemy. Spać musisz. Pytanie – jak najlepiej. O śnie, jego znaczeniu, przyjemności i problemach z nim związanych piszemy w części „InBetween”. Noc na ziemi.
Bez obaw jednak. Nie zaśniecie. Czytając „Malemena”. Fisz i Emade dźwiękami swojej historii was obudzą. Kokoszka i Makowski piękne obrazy pędzlami swoich artystów namalują, a Paprocki i Brzozowski, kolejny niezwykły męski duet w tym numerze, po ludzku ubiorą. Resztę odkryjcie sami nie bez przyjemności zakładam, strona po stronie, słowo po słowie, a każde zrozumiałe, bo w waszym prawdziwie męskim języku napisane.

MALEMEN MEN

WOMEN WE LOVE