Zapisz się do newslettera:




HOME / ISSUE / Stańczyki

MM Articles

Stańczyki
Cięte pióra & ostre języki RP - pierwsza liga.
StańczykiStańczykiStańczykiStańczyki
Sianecki, Tymański, Mazur, Warzecha
Komentują, występują, blogują. Spece od błyskotliwych puent. Roboczo nazwaliśmy ich stańczykami mediów. I tak zostało.
Im też się podoba. Oto najbardziej cięte pióra & ostre języki RP.
Esprit de Sianecki

– Stańczyk kojarzy mi się dobrze, chociaż takiej czapki bym nie nosił – deklaruje na wstępie Tomasz Sianecki. Nie zmuszamy. Za to chcemy wiedzieć, co trzeba zrobić, przeczytać i przeżyć, aby mieć takie puenty, jakie on ma w „Faktach” i „Szkle…”.

Tomasz, rocznik ’60, dziennikarz po liceum Reytana i po prawie na UW. Skłonność do błyskotliwosci przejawiał już w radiu. Tak, tak, istniało na ziemi życie przed TVN, z którym jest związany od 12 lat. W Trójce Sianecki był najlepszy do „sztajerków”, bo tak jeden z kolegów nazywał lżejsze tematy. I mimo że na początku telewizyjnej kariery pojechał jako korespondent wojenny do Kosowa, że był współautorem doku-serialu „Wielkie ucieczki”, to dziś jego emploi obejmuje raczej tematy humorystyczno-lifestylowe. – Może dlatego, że tuż po tej Jugosławii Lis wysłał mnie, żebym zrobił relację z afery w PZPN? W porównaniu z prawdziwą wojną bitewki w związku piłkarskim można było skomentować jedynie na wesoło.
– Czasem znajomi pytają, czy nie jestem za stary na takie bieganie z mikrofonem. A ja to lubię. Dla młodszych jest mistrzem. Zdarza się, że w Sejmie jakiś polityk przed nim ucieka. Boi się
nie samego Tomasza (bo to przecież ujmującej twarzy wzorzec z Sèvres), ale jego ciętego języka. Sam Sianecki nie uważa się jednak za złośliwca. – Moja ironia jest dobroduszna. Nie chodzi o to, żeby wbić kogoś w ziemię, tylko żeby poruszyć w nim jakąś strunę – mówi.
– Zresztą jak wielu z nas mam esprit d’escalier: najcelniejsze riposty przychodzą mi do głowy poniewczasie. Mój sposób bycia na wizji nie różni się specjalnie od prywatnego. Kiedyś kolega w radiu kręcił gałkami, żeby mieć niższy głos. Ja jestem, jaki jestem, że tak powtórzę za klasykiem – uśmiecha się. Sianecki, Mistrz Mowy Polskiej 2008, cieszy się, że ma sens jego krucjata w obronie polszczyzny. Żeby politycy nie mówili „włanczam”, „tutej”. Bawią go Poniedzielski, Daukszewicz, Jachimek, Andrus, Majewski. Z sympatią odnosi się do warsztatu słownego Cymańskiego. Co go irytuje? – Ja już mam swoje lata i związany z tym dystans. Jeśli już, to czuję się zażenowany, na przykład historiami w polityce typu „kto ma lecieć którym samolotem”.
Inspiracje Sianeckiego?„Paragraf 22” Josepha Hellera. – Na studiach profesor Płoszajski posługiwał się przykładami z książki dla zilustrowania wykładów. Wielkie wrażnie zrobiły na nim felietony Arta Buchwalda w „International Herald Tribune” i „The Washington Post”, przedrukowywane przez ponad 500 gazet na świecie, między innymi w latach siedemdziesiątych przez „Forum”. Wyimaginowane dialogi między politykami napisane mistrzowskim językiem i z niebywałym humorem. – Pamiętam tekst o tym, że ZSRR miał rację, zbrojąc się, bo mógł każdego człowieka na ziemi zabić tylko trzy razy, a Stany – aż pięć.

Tymon Orkiestra

– Stańczyk? Czytywałem Jasienicę, wiem, o co chodzi. On ma tragikomiczną aurę, która jest mi bliska. Lubię robić jaja. Życie jest cierpieniem, a humor to sposób na przetrwanie. Zwłaszcza w naszym znękanym historią kraju. Minie sto lat, zanim u nas będzie normalnie – deklaruje na jednym oddechu Tymon.

Tymon, a właściwie Ryszard Tymański, chłopak z Wrzeszcza. We wrześniu kończy 41 lat. Kompozytor, jazzman, yassman, multiinstrumentalista, poeta, felietonista, basista i kontrabasista. Założyciel i lider niezliczonej liczby zespołów: kultowa w latach dziewięćdziesiątych Miłość, Kury, Masło, The Users, Tymański Yass Ensemble, Tymon & The Transistors. Ostatnio zasłynął jako pan z telewizji, w triumwiracie z Jackiem Dehnelem i Maciejem Chmielem współprowadził program o kulturze „Łosskot” w TVP1. Inny niż inne. Kontrowersyjny, z absurdalnym poczuciem humoru. Taki jak on. Tym-on. Skąd tak ma? – Przechodzone, chroniczne ADHD – mówi Tymon. Dogłębna analiza wskazuje trzy czynniki tymonotwórcze: dom, sąsiad Rafał i niejaki Konjo. Dom był głośny. Ojciec – typ człowieka, który nieustannie peroruje. Starszy brat – ciągle w dysputach z ojcem. – I ja w tym wszystkim, gówniarz dziesięcioletni, który próbuje dorównać kroku w rozmowie – opowiada Tymon. – Moim podwórkowym guru był sąsiad, rok młodszy Rafał Zbylicki. Dziś to on jest porządnym facetem, a ja zwariowałem. Ale jak mieliśmy po siedem, osiem lat – było odwrotnie. Imponował mi tym, że gryzł piasek, pił wodę z kałuży i wykrzykiwał niecenzuralne wyrazy na całe podwórko. W szkole też nieźle rozrabialiśmy. Przybić komuś torbę do krzesła gwoździami to była typówka! – chichocze Tymański. Kolejna wielka stymulacja energetyczna dokonała się na studiach (anglistyka na Gdańskim). Stymulatorem był Konjo Konnak (dziś „radosny artysta rewiowy z Kaszub”). – Od 23 lat jesteśmy dozgonnymi przyjaciółmi, ale na początku się nie znosiliśmy. Ja byłem wtedy taki prekursor dzisiejszych emo – ubrany w paltocik słuchałem smutnych piosenek, interesowałem się poezją: Rimbaud, Lautréamont, Wojaczek. A Konjo był punkiem i interesowało go głównie spółkowanie – wypala Tymon. Humor Tymona szlifował się także na kabarecie Laskowika. Facet miał flow! Dzisiaj jest sczyszczony przez AA i już nie leci tak grubo. Zresztą stan wojenny to było obcięcie jaj – mówi. W nowych czasach bawi go Mumio („Oni obrażają się na słowo »kabaret«, ale ja i tak będę tak mówił”), Halama – serdeczny przyjaciel („Co oni wyprawiają z Grabiem na pokazach zamkniętych!”) i stendapy, w Polsce prawie nieistniejące („Taki Andy Kaufman – co za postać!”). Tymon to pracoholik. Jak nie pracuje, rozpuszcza się na kanapie. Aż dziw, że w swoim naładowanym życiu ma jeszcze czas na pisanie bloga. – To zajęcie higieniczne – tłumaczy. Coś go wkurza, męczy – 20 minut pisania i już lżej. Już go mniej drażni czyjaś głupota.Przyznaje, że bywa potworem. Ale potwór kocha ludzi, jest wrażliwy na polskość i cieszy się, jak telewizja znajduje chociaż maleńką niszę dla kultury. Więcej takich potworów! A że jest złośliwy? – Owszem, ale przecież złośliwość to… zawiesza głos. – Oznaka inteligencji? – kończę.
– To pani powiedziała – znowu cieszy się Tymon.

Mazur, zgłoś
To nie było tak, że pewnego dnia padło polecenie z centrali: „Mazur, teraz zajmiecie się twórczością prześmiewczą”. Samo się ułożyło – mówi Maciej Mazur. Spec od humorystycznych felietonów w „Faktach”. Fan Borewicza, fiata i Ursynowa.

– Nie interesuje mnie błazenada, humor tylko dla jaj. Chodzi o głębsze publicystyczne dno – mówi o swojej pracy Maciej. Absolutnie nie chce być uznawany za satyryka. Jest dziennikarzem, którego interesują absurdy w życiu codziennym. Interweniowanie przez ośmieszanie. Dużo tych absurdów? – Nie narzekam na brak pracy – uśmiecha się Maciej. Chociażby dziś zajmuje się sprawą prezydenta Łodzi, czapki jego strażnika i obrażenia rzeczonego (kryptonim: „Gdzie masz, ch…, czapkę”). – I nie chodzi już o tę czapkę, tylko o sposób, w jaki władze starały się to przykryć – mówi Mazur. W jego materiałach najważniejsza jest dobra puenta, w telewizyjnym języku nazywana stendapem. Frajdą jest wymyślenie czegoś śmiesznego, celnego i przede wszystkim odkrywczego. Ale jeśli nic mądrego nie przychodzi mu do głowy, woli puścić materiał bez puenty. – Nie ma nic gorszego niż popadnięcie w banał. Moje ulubione antyprzykłady to: „A co będzie dalej, czas pokaże” i – na zakończenie materiału z budowy – „Oby ten świetny plan się nie zawalił”. A dobre przykłady? Na pewno Tomasz Sianecki („Wysoki poziom intelektualny celnie wymierzonego ostrza”). W prasie – Wróbel („Lubię go poczytać w »Dzienniku«”). Dalej: Rafał Ziemkiewicz, za mocny styl i skuteczne punktowanie rzeczywistości. Ceni też Janusza Weissa za niezmordowane odkrywanie absurdów. A z przeszłości – Ryszard Marek Groński i jego felietony „Puszka z Pandorą” oraz polonista z liceum Stanisław Falkowski, ktory zachęcał do pisania twórczego, pod prąd. Ważny był też „Teleexpress”, gdzie trafił na trzy lata. – Szkoła krótkich form i dobrej puenty. Precyzja słowa, brak czasu na lanie wody. Umiejętności okazały się jak znalazł, gdy w sierpniu 2001 roku ruszyło TVN24. Tyle zajęć, a on jeszcze
ma siły na prowadzenie (regularnego!!!)blogu na stronie TVN24 i strony o Ursynowie. Na www.ursynów.org.pl jest masa sentymentalnych zdjęć z PRL-u. Ha, z epoki porucznika Borewicza. Mazur jest jego fanem. Nawet samochód ma taki sam. Brązowy fiat 125p, rocznik ’76. – Niby starszy ode mnie, ale biorąc pod uwagę daty produkcji, czyli mojego poczęcia, to jesteśmy równolatkami – śmieje się. Fiata kupił dwa lata temu i już włożył w niego mnóstwo kasy. Teraz podjeżdża do pracy. Co go śmieszy? – Monty Python. Dlatego że nie stara się być śmieszny.
Maciej Mazur prawie nie ogląda telewizji.
– To strasznie zabrzmi – uśmiecha się szelmowsko, rozglądając wokół.
Jesteśmy w siedzibie TVN.

Warzecha multimedialny
Łukasz Warzecha ma kompletnie niewspółczesne hobby. Muzyka baroku. Może to jest klucz do jego wyważonego
sposobu bycia i harmonijnego sposobu mówienia.
Zaprawionego humorem podawanym z miną pokerzysty.

Rocznik ’75. Łodzianin. Po stosunkach międzynarodowych na UW. Komentator dziennika „Fakt”. Stały gość w „Antysalonie” Rafała Ziemkiewicza w TVP Info („Chyba że kierownictwo stacji zmieni zdanie po mojej awanturze z przeglądem prasy”). Niedawno zadebiutował jego autorski program „Warzecha. Taki był tydzień” w TV Puls z fomułą nawiązujacą do rubryki w „Fakcie”. Podsumowanie wydarzeń z przymrużeniem oka. Wspomagają go „publicyści, satyrycy, górnicy i stoczniowcy, gospodynie domowe i kobiety interesu oraz wielu innych znanych
i nieznanych szerzej komentatorów rzeczywistości”. Warzecha bywa też częstym gościem w „Potrójnym espresso” radia PiN, pisuje do „Rzepy” i na blogach lukasz-warzecha.redakcja.pl, www.lukaszwarzecha.salon24.pl. Wszędzie wyraża się piękną polszczyzną (jest za to nawet chwalony na forach internetowych) i z humorem. – Zawsze miałem tendencję do bezkompromisowości w poglądach. Śmieszne, bo moje dojrzewanie publicystyczne rozmijało się z tym, czego ode mnie oczekiwano. W dzienniku „Życie” miałem za zadanie pisać dość neutralne komentarze, a ja miałem wtedy czarno-białe poglądy. Za to kiedy jako człowiek o już spokojniejszych poglądach poszedłem do „Faktu”, wymagano ode mnie większej wyrazistości: w rubryce komentatorskiej „List od redakcji”. To jest prawdziwa szkoła zwięzłego i mam nadzieję dowcipnego pisania. Miejsca mało, maksymalnie 1300 znaków, częstotliwość – prawie co dzień. Trzeba zjawisko pokazać, wykpić, spuentować. W telewizji ta umiejętność klarownego wyrażania się ze szczyptą humoru bardzo się przydaje. Kogo ceni w branży? Rafała Ziemkiewicza. Piotrka Semkę za wyrazistość („Z klarownością gorzej, Piotr lubi zdominować dyskusję”) i naczelnego „Trybuny” Wiesława Dębskiego za kulturę słowa i osobistą – co wcale nie jest takie częste. Autorytety z archiwalnej publicystyki to Kisiel i „Cat” Mackiewicz („Piękny, cięty momentami język”). – Czytanie pięknie ułożonych słów zawsze mnie relaksuje. Na jego liście pierwsze miejsce zajmuje „Ferdydurke” Gombrowicza („On mnie ukształtował w liceum”), „Alicja w Krainie Czarów” Lewisa Carrolla („Wzór zdolności do kreowania absurdu w paru słowach”). Dla relaksu czytuje Szekspira, „Pana Tadeusza”, „Rękopis znaleziony w Saragossie („Film też świetny, a nie można kupić na DVD – szkoda”) i Toma Stopparda „Rozenkranc i Gildenstern nie żyją”. Pożądane skojarzenia z nazwiskiem „Warzecha”?
– Na pewno nie z kimś obiektywnym. Obiektywnych publicystów nie ma. Jeśli publicysta twierdzi, że jest obiektywny, oszukuje czytelnika. Chciałbym, żeby każda władza miała wrażenie, że ją nękam, pognębiam, dręczę. Tak było za PIS-u, tak jest za PO. I dobrze! Poza tym zależy mi, żeby utrzymać opinię osoby stałej
w poglądach (wiernej nie jakiejś partii, ale konkretnym sprawom) i dobrze posługującej się językiem. Poprawna polszczyzna to moja obsesja – uśmiecha się Łukasz.

Stańczyki mediów w pełnej krasie - w najnowszym numerze Malemena.
Tekst Joanna Nojszewska
Rysunki Łukasz Mieszkowski
1 2 3 4