Szybcy i śmieszni. Genialni w słownej żonglerce. Złośliwi do granic brawury. Bezwzględni dla naszych wad i dla swoich scenicznych partnerów. Ale w życiu prywatnym twórcy kabaretowi są zaskakująco oldschoolowi. Życzliwi dla świata. Poukładani. U nas Artur Andrus, Robert Górski i Darek Kamys mierzą się z własnym alter ego.
Robert Górski. Rocznik ’71, lider Kabaretu Moralnego Niepokoju. Autor tekstów, scenariuszy i kultowych powiedzonek. Na scenie Dynamit.
Dynamiczny? Ja? Najchętniej leżę spokojniutko w domu i czytam sobie książki historyczne. Druga wojna światowa, średniowiecze, literatura obozowa – mówi człowiek, który jednym zdaniem potrafi rozśmieszyć kilka milionów Polaków. Chciałby napisać scenariusz na podstawie „Apelu” Andrzejewskiego. – Więźniowie stoją całą noc na mrozie, czekając, aż się znajdzie uciekinier albo ktoś się przyzna do pomocy. Psychologicznie wstrząsające. Czyżby w Górskim siedziało Górskich dwóch? Na razie jednak wszystko, co wychodzi spod jego ręki, ma etykietkę „do śmiechu”. Artur Andrus twierdzi, że to geniusz, którego skecze staną się za dwadzieścia lat tak kultowe, jak kultowy dzisiaj jest „Sęk“ Dudka. Robert ma zmysł obserwacji jak Prus, a słowami żongluje jak Szymborska. Na te laudacje uśmiecha się z miną człowieka świadomego talentów, ale pychy pozbawionego. – Wiem, że jestem dobry. Ale nie bezkrytyczny wobec własnych pomysłów. Czasem zmieniam to, co napisałem, zgodnie z zasadą: jeśli paru spotkanych Żydów mówi ci, że jesteś śpiący, to lepiej się połóż”.
Dynamiczny? Ja? Najchętniej leżę spokojniutko w domu i czytam sobie książki historyczne. Druga wojna światowa, średniowiecze, literatura obozowa – mówi człowiek, który jednym zdaniem potrafi rozśmieszyć kilka milionów Polaków. Chciałby napisać scenariusz na podstawie „Apelu” Andrzejewskiego. – Więźniowie stoją całą noc na mrozie, czekając, aż się znajdzie uciekinier albo ktoś się przyzna do pomocy. Psychologicznie wstrząsające. Czyżby w Górskim siedziało Górskich dwóch? Na razie jednak wszystko, co wychodzi spod jego ręki, ma etykietkę „do śmiechu”. Artur Andrus twierdzi, że to geniusz, którego skecze staną się za dwadzieścia lat tak kultowe, jak kultowy dzisiaj jest „Sęk“ Dudka. Robert ma zmysł obserwacji jak Prus, a słowami żongluje jak Szymborska. Na te laudacje uśmiecha się z miną człowieka świadomego talentów, ale pychy pozbawionego. – Wiem, że jestem dobry. Ale nie bezkrytyczny wobec własnych pomysłów. Czasem zmieniam to, co napisałem, zgodnie z zasadą: jeśli paru spotkanych Żydów mówi ci, że jesteś śpiący, to lepiej się połóż”.
























































