Zapisz się do newslettera:




HOME / ISSUE / Zmieniacze rzeczywistości

MM Articles

Zmieniacze rzeczywistości
Antoni Chłapowski, Tomasz Kokczyński, Henryk Orfinger
Zmieniacze rzeczywistościZmieniacze rzeczywistościZmieniacze rzeczywistości
Od marzeń do zdarzeń
Marzenia. Mieć łatwo, spełniać trudno. Bo przeszkody, niespodzianki, złośliwość rzeczy martwych i urzędnicze mielizny. Frustracje. Wielu się poddaje.
Nasi bohaterowie wznieśli się ponad polskie malkontenctwo, nicnieróbstwo i „tego się nie da zrobić”. Dali radę. Pociągnęli do końca coś, co najpierw
było abstrakcyjną ideą w ich własnej głowie. I tak zmienili rzeczywistość. Daleko od stolicy, na niełatwym gruncie polskiego interioru.
Antoni Chłapowski (na zdjęciu - konno) ma 66 lat, jest właścicielem dwóch wielkich ośrodków jeździeckich w Polsce i Szwecji. Przygotowuje się do mistrzostw świata w jeździectwie. W jego szkole debiutant nie tylko uczy się jazdy konnej, lecz także psychologii i codziennej pielęgnacji konia. Jak twierdzi Antoni, najważniejsza jest dyscyplina, której sam w życiu miał bardzo wiele.Zawodowo zaczął pracować jako trzynastolatek, najpierw w warsztacie lakierniczym, potem tapicerskim. Za zaoszczędzone pieniądze wyremontował starą warszawę i stał się najmłodszym taksówkarzem w Poznaniu. Zarabiał 15 tysięcy złotych, podczas gdy jego ojciec tylko tysiąc. To, co zarobił oficjalnie, oddawał do domu, co po godzinach – odkładał dla siebie. Na dwie pasje. Do koni i samochodów. Zamiłowanie do jeździectwa ma w genach po dziadku generale Dezyderym Chłapowskim, liderze powstania wielkopolskiego. Sam zaczął jeździć dopiero jako dziewiętnastolatek. Po kilku latach ciężkiej pracy trafił do nadleśnictwa, dostał dom i stadninę. Zaczął kupować, ujeżdżać konie i sprzedawać je na Zachód. W obawie przed wiosennym poborem wyjechał na zaproszenie Szwedów, których poznał podczas polowań. Pracował w warsztacie, niedługo później otworzył swój własny. Potem wziął udział w eliminacjach do mistrzostw świata w rajdach samochodowych, zdobył mistrzostwo Danii, Beneluksu i Grand Prix Lizbony. Zainwestował: kupił stadninę i otworzył pierwszą w Szwecji szkołę jazdy konnej dla dzieci. Potem sam wziął udział w mistrzostwach świata i wbił się do czołówki skandynawskiego jeździectwa. Kiedy mieszkał w Szwajcarii u braci Fusów, wyleczył konia z potrzaskanymi kopytami, któremu już nikt nie dawał szans. Na tyle skutecznie, że ten wziął udział udział w olimpiadzie i mistrzostwach świata. Michał Fus sprzedał go za dwa miliony dolarów, a ludzie płacili podwójnie, byle tylko Antoni zgodził się przyjechać i obejrzeć ich konia.
– Pan Bóg nie pomaga z przypadku – mówi Chłapowski. Odnosił spektakularne sukcesy na świecie. Wrócił do kraju, bo nie mógł patrzeć na sytuację w polskim jeździectwie. Konie kulawe, bo nie było dobrych podkuwaczy. Poważne wypadki dzieci, bo nie było przeszkolonych instruktorów. Mimo przeszkód ze strony urzędników z agencji rolnej stworzył największą szkołę jeździectwa w Polsce. 215 koni. Zapytany, skąd wzięła się jego ponadprzeciętna determinacja, wspomina dzieciństwo. – Od małego, kiedy się bawiłem, budowałem zamki z piasku, a one się rozwalały, mama powtarzała: „Zacząłeś, skończ. Rozwaliło się, buduj od nowa”. Podczas wieczornej woltyżerki jedna z dziewczyn spadła z konia. Antoni: „Kiedy spadasz, natychmiast musisz znów wsiąść. To tak jak przewrócicie się na chodniku: wstajecie i idziecie dalej”. Kryzys? – Proszę pani, a co to jest kryzys? Jak jest kryzys, to po prostu trzeba pracować ciężej – mówi z rozbrajającym uśmiechem. Żeby marzenia się spełniały, trzeba mieć cel. Kiedyś ujeżdżał konie w Kolumbii i jeden z mieszkańców mu powiedział, że za celem trzeba iść jak za strzałą. Naciąga się łuk, wymierza cel i strzela. Prosta droga, którą pokonuje strzała, to jest właśnie dążenie do celu, nie ma skręcania w lewo czy prawo, nie ma kompromisów. Jak do czegoś się człowiek zabiera, trzeba to ogłosić całemu światu. Wtedy nie ma odwrotu, bo będzie wstyd. W stajni jest lekarzem, weterynarzem, psychologiem. Kiedy w latach siedemdziesiątych nie było literatury dotyczącej witamin i minerałów dla koni, uczył się z książek medycznych dla ludzi i mnożył podawane ilości przez końską masę. Kiedy uczeń spadnie z konia, idzie, tłumaczy i przekonuje, żeby się nie bał. Przeważnie się udaje. Zapytany, czy nazwałby się polskim zaklinaczem koni i ludzi, mówi, że całe życie obserwował zwierzęta, bo to pozwalało przetrwać. – Wiesz, jak się zachowuje zając, to wiesz, jak go złapać; wiesz, jak się zachowuje sarna, to wiesz, jak ją upolować. Tak samo jest z ludźmi. Tyle że ludziom trzeba pomóc. Koniom zresztą też.


O Tomaszu Kokczyńskim (na zdjęciu - nad morzem)nie wiedziałam nic poza tym, że kupił torpedownię w Juracie i będzie tam coś budował. Pomysł wydawał się abstrakcyjny, bo przede wszystkim nie wiedziałam, jak torpedownia wygląda. Pocieszyło mnie, że zanim pan Tomasz ją zobaczył, też nie wiedział. Udaję się więc z bohaterem i ekipą fotografów na oględziny.
Wsiadamy wszyscy do łódki, a ja się zastanawiam, dlaczego na Hel nie jedziemy samochodem. Okazało się, że torpedownia znajduje się na środku morza, około 25 minut od brzegu, z którego wypłynęliśmy. Jestem przerażona. Początkowo były takie trzy – tłumaczy bohater. Jedna nie przetrwała, druga należy do posiadłości Prezydenta RP, a trzecią kupiłem ja. Zostały zbudowane w ‘41 roku przez Duńczyków na zlecenie Niemców. W Gdyni była wystrzeliwana rakieta, a między torpedowniami była siatka, w którą ta rakieta wpadała. Obiekty służyły głównie do mierzenia odległości lotu rakiety. Mimo uzmysłowienia sobie, czym jest owa torpedownia, nadal nie mogę sobie wyobrazić, co można z nią zrobić, poza naklejeniem tabliczki „ZABYTEK, TEREN PAŃSTWOWY, WSTĘP WZBRONIONY”. –Można zrobić dwupiętrowy dom – słyszę. Pan Tomasz mówi z dziwnym zachodnim akcentem. Okazuje się, że spędził dziesięć lat w Australii, gdzie zarobił na odrestaurowywaniu starych budynków. – Nie mogłem patrzeć, jak Australijczycy rujnują zabytki epoki wiktoriańskiej po to, żeby wybudować kolejny nudny szklany apartamentowiec. Z kolegą zaczął więc skupować zabytki, remontować je i sprzedawać. Okazało się, że jest na nie nadzwyczajny popyt. Mimo wygodnego życia za oceanem było mu jednak jakoś duszno. Jeszcze za granicą zaczął kupować zaniedbane posiadłości w podwarszawskim Konstancinie, bo te zawsze były jego pasją. – Jak byłem młodym chłopakiem, wraz z kolegami jeździliśmy na rowerach po Konstancinie, marzyłem, żeby kiedyś odremontować wszystkie zrujnowane rezydencje – wspomina. Udało mu się uratować kilkanaście z nich. W pierwszej, którą kupił, przez osiem lat organizował prestiżowy turniej tenisowy Konstancin Open dla znajomych. Wkrótce wieść się rozeszła i zaczęły tam przybywać takie osobistości jak Wojciech Fibak. Pewnego dnia przyszedł Jan Kulczyk i powiedział, że już się stąd nie rusza. – Rzucił na owe czasy taką cenę, że nie można się było nie ugiąć – wspomina mój rozmówca. Kilka miesięcy nie mógł odżałować rezydencji, do tej pory uznaje ją za swoją ulubioną. – Ludzie mi się dziwili, mówili: „Tomek, przecież to taka piękna posiadłość, wspaniała tradycja, po co to wszystko? A ja wiedziałem, że nie mogę stać w miejscu, że pieniądze, które za nie wziąłem, dadzą mi możliwość pójścia dalej. Czasami ten rozwój bardzo dużo kosztuje emocjonalnie, ale nie mogłem spocząć na laurach – mówi. Pewnego dnia, trzy lata temu, zadzwoniła do Kokczyńskiego jego kuzynka Anna Cudna, architekt z Trójmiasta: „Jest nowy ciekawy projekt, torpedownia. Tomek, tylko ty jesteś takim wariatem, że możesz to zrobić”, powiedziała. Miała rację. Pan Tomasz był zachwycony projektem i tak zaczęła się długa droga, która doprowadziła do tego, że w kwietniu 2010 roku zacznie się remont obiektu. Odnowienia torpedowni chciało się podjąć wielu, ale nikomu się nie udało. Jeszcze w latach osiemdziesiątych należała do wojska, potem PZPR chciała tam mieć swoje małe miejsce
wypadowe, następnie obiekt przeszedł w ręce firmy zajmującej się przetwórstwem ryb.
Planowali tam otworzyć swoją sztandarową restaurację, ale nie wyszło. Osiem lat temu kupił ją właściciel wielu nieruchomości na półwyspie. – To była jego perełka, więc oczywiście nie chciał jej sprzedać. Razem z kuzynką męczyliśmy go przez kilka miesięcy, aż w końcu uległ, za niemałą cenę – wspomina. Dwa lata zajęło mu uzgadnianie z urzędnikami, zdobywanie pozwoleń. – Nikt nie wiedział jak sklasyfikować torpedownię, dlatego były z tym problemy – wspomina. Chce, żeby jego przyszły dom był superekologiczny i superwystarczalny, zupełnie niezależny od lądu. Na bieżąco śledzi najnowsze technologie z zakresu odnawialnych źródeł energii. Projekt został stworzony przez znanego architekta z Sopotu Andrzeja Popławskiego. Pan Tomasz chce, żeby jak najwięcej zostało z oryginalnej torpedowni, bo poza swoim domem pragnie uczynić z niej atrakcję turystyczną, żeby więcej ludzi mogło się dowiedzieć, do czego służyła.
Uważa, że w realizacji marzeń najważniejsze jest to, żeby widzieć, co jest na końcu, czyli ogół. Nie wolno się rozdrabniać. Czasami ludzie rezygnują, bo analizują swoje projekty, marzenia, i to ich zabija emocjonalnie. – Nagle się okazuje, że tutaj trzeba załatwić pozwolenie, że coś jest za drogie, i rezygnują . A ja po prostu widzę całość i nie zrażam się tym, że czasem trzeba iść naokoło czy pod prąd, bo cały czas mam przed sobą tę swoją wizję – mówi pan Tomasz. Niekonwencjonalne podejście do życia przejawia się nie tylko w budynkach, które przywraca do życia. Uważa, że rzeczywistość można zmieniać małymi rzeczami. Na imieniny swojej żony poprosił dyrektora nadmorskiego hotelu Bryza o udostępnienie mu jednego stolika i postawienia go przy samym brzegu morza na plaży. Martwi go, że ludziom się wydaje, że wszystko można kupić. Ludzie często rezygnują z różnych projektów, bo im się wydaje, że to ich przerośnie finansowo, a przecież wszystko da się zrobić racjonalnie i ekonomicznie. Pan Tomasz osobiście woli przestrzeń, grę odpowiednim światłem, ciekawymi meblami, wyczuciem stylu, którego nie da się kupić. Lubi spędzać czas na budowie, bo wtedy czuje emocjonalną więź
z danym obiektem. Zajmując się torpedownią, jednocześnie odrestaurowuje dawne Casino Palace w Konstancinie, które przed wojną było słynnym klubem. Otwarcie za pół roku. Pytany o następne cele, odpowiada: – Chyba jak każdy mężczyzna chciałbym wyruszyć w morze i opłynąć świat, potem może się uspokoję. W końcu obiecałem żonie.
Można mnie nazwać ignorantką, ale nie wiedziałam, że za sukcesem zarówno hoteli, jak i całej marki Dr Irena Eris stoi nie tylko pani Irena, lecz także jej mąż Henryk Orfinger (na zdjęciu - na tle domu). Od 35 lat są małżeństwem, a od 26 budują wspólnie markę najsłynniejszych polskich kosmetyków. Kiedy rozmawiałam z panem Henrykiem o wszystkim, co kiedykolwiek zrobił, wypowiadał się w liczbie mnogiej, co wydało mi się najbardziej romantycznym wyznaniem miłosnym. Tym razem jednak chciałam porozmawiać z nim solo o jego własnym projekcie, który magicznie nazwał Siedliskami. Dewizą życiową Henryka Orfingera jest, że ważniejsze jest to, aby mieć marzenia, niż żeby je realizować. Realizacja marzeń nie zawsze jest dobra, często przychodzi rozczarowanie, co wie na podstawie własnych przeżyć. – Mieć marzenie to jest coś, co człowieka wzmacnia, buduje, jest wyzwaniem. Ideałem byłoby, żeby móc realizować jedno marzenie i już budować następne. Czyli zawsze mieć jedno do przodu – mówi. Marzenia muszą być jednak skrojone na miarę własnych możliwości. Najlepiej, żeby trochę ponad nie wykraczały, powinny być wyzwaniem. Nie należy jednak dopuścić do frustracji, jeśli jego realizacja się odwleka w czasie. Poza tym konieczne jest to, aby się uodpornić na krytykę i być przekonanym o słuszności swojego projektu. I w tym wszystkim zachować zmysł praktyczny. Ważne jest też wsparcie bliskich osób, na co mój rozmówca na pewno nie może narzekać. – Irena akceptuje i wspiera mój pomysł – mówi.Jak ogromny trzeba mieć instynkt, żeby wyczuć te subtelne granice: kiedy projekt jest nierealny, a kiedy tylko ryzykowny, kiedy krytyka jest konstruktywna, a kiedy już nie? On to czuje. Chociaż pomysł Siedlisk nadal uważa za abstrakcyjny. – To nie było olśnienie, jakaś wizja wspaniałego, intratnego interesu czy chęć zrobienia czegoś wyjątkowego – twierdzi. Wymarzył sobie
po prostu, żeby w pewnym sensie reinkarnować dawną wieś mazurską. Ludzie mu mówili: „Henryk, po co ty to robisz, nic nie zarobisz, jeszcze będziesz musiał dopłacać, użerać się z ludźmi”. – Ja wiedziałem, że nie robię tego dla ludzi, ale dla siebie, to jest moje marzenie – tłumaczy. Projekt jest stosunkowo młody, bo dopiero trzyletni. Niedaleko hotelu Henryk Orfinger zagospodarował 60 hektarów ziemi, podzielił ją
na 23 działki i zaczął sprzedawać. Dziś jest 22 właścicieli, a pięć domów już stoi.
Nie są to jednak zwyczajne posiadłości, bo to nie jest projekt typowo komercyjny. – Ludzie myślą, że ja kupuję te działki, sprzedaję i tyle. A ja chcę zrobić coś więcej. Stworzyć grupę ludzi, którzy będą chcieli wspólnie coś tworzyć, budować, mają na to pieniądze i chcą się w to bawić. Każdy, kto decyduje się uczestniczyć w tym projekcie, musi spełniać odpowiednie warunki. Mój rozmówca nie chce być uznawany za selekcjonera, ale w przypadku tego projektu to ludzie są najważniejszym budulcem jego marzenia, więc nie ma mowy, aby byli przypadkowi. Działki nie należą do tanich, ale pieniądze nie są i nie mogą być jedynym wyznacznikiem. Pan Henryk spotyka się z każdym potencjalnym nabywcą, rozmawia, sprawdza, czy w ogóle nadają się do zabawy, którą stworzył. – Były dwa takie przypadki, kiedy musiałem odmówić – zdradza. – Wiedziałem, że styl życia, styl bycia czy posiadania jest inny niż ten, na którym mi zależy. Że bardzo odbiega od charakterów innych mieszkańców. Wytłumaczyłem więc tym ludziom, że dla społeczności i dla nich samych będzie lepiej, jeśli nie kupią tu ziemi. Jedną z zasad, które przyjął przy sprawdzaniu nabywców, jest to, czy chcą się grodzić, to znaczy stawiać płot. Jeśli ewidetnie mają taką chęć, to już wiadomo, że nic z tego nie będzie. Czy to dlatego, że ten kupiec chce się oddzielić od grupy? – On nie tyle się oddziela, ile psuje zabawę reszcie. To jest tak: jak jelenie sobie biegają i ktoś sobie ogrodzi, to już nie będą biegać, kiedy ja idę na spacer po łąkach,
a ktoś się ogrodzi, to nie będę mógł po nich swobodnie spacerować. Drugim oczywistym wyznacznikiem jest chęć zaakceptowania warunków konserwatora parku krajobrazowego oraz samego Henryka Orfingera. Trzeba się zgodzić na dany typ architektury domków mazurskich, który jest z góry narzucony. – Każdy dom może być inny, bo każdy z nas jest inny, ale nie mogą to być pałace czy domy bardzo wysokie. Spójność architektoniczna musi być zachowana – mówi Henryk Orfinger. Z zewnątrz będzie to styl chaty mazurskiej, ale w środku wnętrza mogą być nowoczesne, luksusowe, z wszelkimi wygodami. Jeśli ktoś nie ma czasu lub pomysłu na swój dom, spółka zarządzana przez Orfingera pomaga w jego realizacji. Pan Henryk nadal uznaje projekt za eksperymentalny. Wciąż się uczy, jak go zrealizować, żeby wszyscy byli zadowoleni. Na jesieni organizuje zjazd wszystkich właścicieli aby ustalić warunki praktyczne: kto będzie dbał o domy, o teren, jak będą rozdzielone koszta. – To ma być miejsce dla ludzi, pasjonatów, którzy będą przyjeżdżać, żeby tworzyć pewnego rodzaju wspólnotę – mówi. Wsparciem dla tej inwestycji jest hotel, który jest bezpiecznym punktem, do którego można zawsze przyjść i skorzystać ze wszystkich jego atrakcji: spa, restauracji czy klubu. Są już jednak tacy, którzy przyjeżdżają tu na dwa tygodnie i nie ruszają się ze swojego domku. I o to właśnie chodziło. Pan Henryk nie nazywa swoich marzeń, nie określa ich. Dziś może sobie pozwolić na to, aby ich nie konkretyzować i mówić, że chce tego czy tego. Nie zawsze tak było. – Kilkadziesiąt lat temu podczas studiów bardzo pragnąłem mieć saaba. Potem budowałem fabrykę, hotele, to były konkretne marzenia. Dziś chce, żeby marka, którą stworzył wraz z żoną, rosła w siłę i żeby Siedliska odniosły sukces. Kiedy jednak patrzy wstecz, uśmiecha się do siebie: – Gdyby dwadzieścia lat temu ktoś mi powiedział, że mam stworzyć Siedliska, powiedziałbym, że to jest bzdura, że to nierealne, bo wtedy miałem marzenia bardziej konkretne. Dziś ten mój świat jest bogatszy w doświadczenia, więc mogę sobie również pozwolić na inne marzenia.

Zmieniacze rzeczywistości w szerszej perspektywie - w najnowszym numerze Malemena.

Tekst Aleksandra Bińkowska
Zdjęcia Daniel Duniak & Grzegorz Korzeniowski


1 2 3 4 5 6