Roman Opałka. Pisaliśmy o nim w szóstym numerze Malemena. Male Icon. Kolejny raz potwierdził swoją wartość i wyjątkowość. Na aukcji w londyńskim domu aukcyjnym Sotheby's jego obrazy zostały zakupione za cenę aż 713 250 funtów przez nieznanego nabywcę. To rekordowa cena obrazu, zapłacona za pracę polskiego, żyjącego artysty. Rozmowa z malarzem w MM Extra.
Tylko jeden człowiek mógł wykonać taki gest. Nie tylko dlatego, że trzeba wielkiej odwagi, aby to zrobić. Ani dlatego, że trzeba być szalonym, żeby się na to powazyć. Także dlatego, że powtórzenie takiego konceptu – byłoby całkowicie pozbawione sensu. Bo gest Opałki jest dla sztuki jak zwieńczenie ewolucji. Dla niego samego – jak wyznanie miłości. Do życia.
Niejeden namawia Romana Opałkę, by przysposobił sobie ucznia. Asystenta. Kogoś, kto kontynuowałby jego "Program". Jakby ignorując, że ten akurat program nazywa się: "Opałka 1965/1 do nieskończoności". Opałka. Czyli nie ktoś inny. "Asystent? Tylko by mi przeszkadzał! Ja nie zwykłem wpuszczać obcych do swojej wanny!" Dzieło życia traktuje intymnie, bo cały się w nie wdał. Z definicji, do końca, jak jeszcze nigdy żaden twórca w historii tego nie zrobił. Choć od kilkudziesięciu lat Opałka maluje wyłącznie liczby. Dla wielu o jego wielkości świadczą ceny, za jakie sprzedawane są jego obrazy. A właściwie: DETALE – bo tak je nazywa. Namalował ich ponad dwieście ("Niewiele jak na 42 lata pracy. Ale ja nie zaśmiecam świata swoją sztuką" – podkreśla). Wiszą w najlepszych galeriach na całym świecie, w muzeach, czasami, ale rzadko, schowane w magazynach – jak w przypadku pewnego kolekcjonera z Niemiec, który kupił ich już dwadzieścia siedem. W Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie wiszą dwa. Jeden, gdzie liczby malowane są na lekko szarym tle, drugi już praktycznie biały. Trzeba bardzo się zbliżyć, aby odczytać kolejne. Zobaczyć w tej bieli, czym ona tak pulsuje, że człowiek stoi przed białym płótnem i trudno mu powstrzymać łzy. O co chodzi?
Chleb i mleko
Roman Opałka pamięta takie zdarzenie: lata 50-te, wakacje, warszawska Dziekanka. W szufladzie w pokoju kolegi, u którego mieszkał, bo zamiast jechać na lato do rodziców postanowił zostać w Warszawie, znalazł kawałek suchego, czarnego chleba. "Miałem wówczas taką dziwną słabość: zbierałem groszówki. Ale zbierałem tylko te, które leżały reszką do góry. Jak któraś leżała orłem - zostawiałem. Może to głupia historia... Ale tych groszówek miałem już tyle, że mogłem pomyśleć o szklance mleka w barze mlecznym, żeby rozmiękczyć i zjeść ten chleb" – opowiada. "Wciąż mam przed oczami ten moment, kiedy zanurzam chleb w mleku, a ono zaczyna go penetrować. Ta czerń penetrowana bielą... znakomity obraz, znakomity" – przerywa. – "A chleb tak potraktowany wreszcie karmi... daje pewien rodzaj ratunku" – dodaje.
Na jego obrazach czerń tła penetrowana jest bielą od 1965 roku. Z obrazu na obraz znika jej 1 proc. dlatego płótna z ostatnich dziesięciu lat wydają się całkiem białe: liczby malowane białą farbą, prawie znikają na prawie białym już tle.
Kant kantowi nierówny
Panie Romanie, to wspaniale wymyślone, bardzo ładnie... ale to wszystko o kant dupy potłuc – po raz pierwszy taką recenzję usłyszał Roman Opałka od Wojciecha Fangora, wielkiego artysty, kiedy opowiedział mu, czemu to zamierza się poświęcić. W latach 60. spotkali się w Nowym Jorku, gdzie Fangor mieszkał, a Opałka przebywał na stypendium.
Ówczesna żona malarza, Halszka Piekarczyk, podobnej myśli nie wyraziła tak wprost: zadzwoniła, gdy był w Paryżu i poprosiła, żeby kupił tyle kolorowych farb, ile tylko zdoła. "Nakupiłem tego jak głupi czapek" – śmieje się Opałka. – "Cieżkie to niemożliwie, ale przywlokłem do Warszawy – bo w tamtych latach w Polsce farby były fatalnej jakości i robione tylko dla Akademii – i pytam: po co Ci te farby? A Halszka na to: bo myśmy z panią Jaworską [krytyk sztuki] rozmawiały na kawie, że szkoda, żeby tak zdolny chłopak upierał się przy jednej postawie." Halszka Piekarczyk dopiero po roku zaczęła wierzyć, że ten bezsens, w jaki wdał się jej mąż, ma jakiś sens. Ale że go nie ma, Opałka słyszał – i czytał – jeszcze nieraz.
– Fangor miał rację – mówi dziś. – Miał absolutną rację: wszystko o kant potłuc. Sęk w tym, żeby wiedzieć, co z tym kantem zrobić.
Taki bezsens musi mieć sens
Zanim sam się dowiedział, był wziętym grafikiem. Wygrywał konkursy, dostawał stypendia, zarabiał ilustracjami. "To była robota dla chleba, mój sposób na zarabianie pieniędzy" – podkreśla. "Już wtedy byłem artystą wyprzedzającym awangardę: w tym sensie, że ja miałem świadomość, że sztuka się skończyła. Ja wiedziałem, że oni muszą przyznać, że dalej pójść już nie można. Oczywiście, wciąż coś robią, ale czy to ma jakiś sens? Często kończy się na formie, nic z tego nie wynika." Po tym jak Marcel Duchamp ogłosił, że pisuar ustawiony na środku jest dziełem sztuki (a dlaczego? "Bo ja tak powiedziałem. A ja jestem artystą") – artystą może być każdy. "Zaczyna się bełkot, jak zwykle, kiedy wszyscy usiłują mówić na raz" – tłumaczy Opałka. "Moja postawa właściwie jest między decyzją: popełnić samobójstwo czy pozostać. Niemal każdy filozof mierzył się z myślą, że wszystko jest bez sensu. Ale zaraz potem prawie każdy pomyślał: ok, nawet jeśli sensu nie ma, zróbmy coś z tym bezsensem". Skoro Opałka samobójstwa postanowił nie popełniać ("byłoby to nie fair wobec tych, co zostają; także w sensie estetycznym"), postanowił żyć, robiąc tylko jedną rzecz. "Mój program z perspektywy historii sztuki, awangardy, jest artystycznym samobójstwem. Całej awangardzie wydawało się, że można wciąż robić coś nowego, a to nie jest możliwe. Malewicz, tak znakomity, w końcu przestał malować te swoje kwadraty. Rodczenko zrobił swoją gamę kolorów i przestał – na szczęście dla siebie był też fantastycznym fotografem. Ale wielu artystów po prostu samych siebie zaszachowało" – mówi Opałka. A on, wybierając najbardziej skromne środki: najprostsze kolory: czerń i biel, najbardziej pozbawione "emocji" elementy: liczby, najbardziej nużącą powtarzalność: płótna wciąż tej samej wielkości, cyfry jedna obok drugiej o wysokści mdzy 4 a 6 mm – na swoich obrazach medytuje życie. "Mój pionek wciąż jest w grze" – mówi.
Logika szaleństwa
Widać to dopiero z perspektywy 2009 roku. "To było jak skok z wysokiego piętra" – przyznaje Opałka. – "Ale dopiero patrząc wstecz widać, że ten gest ma sens". Zanim skoczył, przez kilka lat sam ze sobą ustalał zasady Programu. Zasady, dodajmy, których trzyma się do dziś. "Ktoś kto decyduje się na takie szaleństwo w malarstwie, musi to dobrze przemyśleć. Żeby ono miało swoją logikę. Swoją szansę po prostu" – mówi. Trzy lata szukał, jak na jego płótnie ma się manifestwać czas. "Wyobraża sobie pani? Dziś malarz przez trzy lata zrobi trzy wielkie wystawy. Ja męczyłem się takimi sprawami, które upewniłyby mnie, jak malować czas!" – jest z tego dumny.
Miał 33 lata, kiedy w warszawskim Bristolu czekał na żonę. Czekał cierpliwie, choć spóźniała się hm... dla niej ryzykownie: kilka godzin. "Byłem w wieku istotnym dla mężczyzny: nie jest się starym, ale nie jest się młodym, więc i pytania stają się bardziej wymagające. Niespodziewanie, dzięki temu, że Halszka tak się spóźniała, wpadłem na pomysł: żeby malując czas – malować kolejne liczby! Między 1960 a 63 rokiem malowałem struktury, które nazywałem chronomami, ale męczyło mnie, że czas nie ma na nich kierunku, bo przedstawiałem go punktami. Właśnie owo przełożenie punktów na liczby okazało się dla mnie kluczowe. Oczywiście czas nie ma jednego kierunku, ale w perspektywie jednostkowej – zaczyna go mieć. To jak z liną, pamiętamy wszyscy, jaką Gagarin był podczepiony do sputnika – coś co nadawało kierunek, sens jego byciu w kosmosie... Moja żona weszła zdenerwowana, obawiając się, że może będę ją rugał, a ja wziąłem ją w ramiona i powiedziałem: jesteś genialna!".
Żona pewnie długo pamiętałaby wyłącznie jego wielkoduszność, gdyby nie słowa, które zaraz potem usłyszała: jej mąż, wybitny artysta, zamierza do końca życia malować liczby! Nieco później próbowała coś na to zaradzić, każąc mu przywozić te farby z Francji. "Była mocno przerażona" – pamięta Opałka. A on?
Wariackie papiery
Zanim jego Detale stały się medytacją życia, dla wielu były zwykłym dziwactwem. I takim by pozostały, gdyby Bóg ("ja jestem agnostykiem" – zawsze dodaje, mówiąc o Bogu) wezwał go do siebie po tym, jak Opałka namalował pierwszy Detal. Dopiero kiedy odliczane liczby zapełniały kolejne płótna, przestały być "wyliczanką" (jak w Polsce pisał o nich Andrzej Osęka, który tego nie zauważył). "Gdybym umarł na początku, nie byłoby żadnego dzieła. Tak jak nie ma dzieła stworzenia człowieka, gdy płód obumiera. Ja na tę jedynkę się zgodziłem i postanowiłem ją dynamizować. To właściwe słowo, bo każdy z moich Detali dynamizuje się całością". To prawda. Jedynka – wisząca w Muzeum Sztuki Współczesnej w Łodzi zapewne nie wisiałaby tam, gdyby nie było kolejnych Opałków. Po prostu: nie miałaby żadnego sensu. "Miałem dużo szczęścia. Bo choć byłem świadomy ważności swojego gestu artystycznego, fakt że zauważyła mnie i wystawiła prestiżowa, był dla mnie wielkim wspomożeniem. Bo można mieć wariackie papiery i spędzić życie w szpitalu dla umysłowo chorych. I wtedy nic poza dramatem z tego nie wynika. Moje wariackie papiery przynoszą owoce... Ja od początku nie chciałem mieć dzieci, Halszka zresztą też pragnęła realizować się w sztuce. Tyle że ona zrzekła się swojej twórczości, mówiąc WSZYSTKO dla Opałki. Często mnie to bardzo bolało, prawie płakałem, że ona wyrzeka się sztuki na moją rzecz. To było jak wielkie zobowiązanie. Stąd jej poświęcenie ono mi w pewien sposób ciążyło. Ale ciążyło w tym pozytywnym sensie, kreatywnym." W latach 70. już nie jedna galeria a wiele galerii z całego świata proponowało wystawy. Londyn, Berlin, Nowy Jork. "Malowałem wtedy po 16 godzin dziennie, ale to było przesadne."
Wino, kobiety itd.
To było przesadne, skoro o swoim malowaniu mówi, że ono jest jak spacer. "Wtedy zamieniłem go w jogging" – opowiada. "Ale w tamtym czasie zależało mi, żeby co roku mieć wystawy w Nowym Jorku, no i żeby sprzedawać". Po paru latach zwolnił tempo liczenia. Znów spaceruje – nie ma stałej na to pory. Nie trzyma się kurczowo planu dnia. "Kiedyś myślałem, że uda mi się dożyć siedmiu siódemek. Teoretycznie byłoby to możliwe, gdybym tak nie polubił podróży" – mówi. Na sztalugach dwieście trzydziesty trzeci Detal, ostatnia liczba: 5 580 149. Coraz trudniej się maluje także dlatego, że męczą się oczy od wypatrywania bieli na bieli. "Ale, co ciekawe, matematycznie biorąc, owych siedem siódemek jest jakby symbolem kresu ludzkiego życia. Bo nie jest możliwe, aby człowiek dożył liczby złożonej z ośmiu ósemek! Nawet codziennie malując, potrzebowałby na to kilkuset lat." – konttynuuje. - "Proszę zauważyć też, że jak się te ósemki odwróci, one zamienią się w symbol nieskończoności". Maluje codziennie, jak jest w domu, kiedy nie ma absorbujących spotkań czy stęsknionych gości. Bo Roman Opałka, decydując się na szaleństwo liczonych obrazów, nie zamienił się w pustelnika. Choć jego decyzja o wyrzeczeniu – co dopiero po latach widać – ciężarem zobowiązania przypomina decyzję człowieka, wstępującego do zakonu. Wierność, posłuszeństwo jednej drodze, codzienna wielogodzinna medytacja. Opałka kocha dobre jedzenie, wino, kobiety, podróże i śpiew. "Zawsze to lubiłem" – zapewnia. – "Zajmuje mnie twórczość, ale przede wszystkim zajmuje mnie życie". Choć nie ma własnych dzieci, właściwie je ma. Wychowywał dwie córki swojej drugiej żony, Marie Madelaine, dla której kiedyś stracił głowę, i z którą jest od ponad trzydziestu lat. Odbił ją znanemu niemieckiemu krytykowi sztuki, który przed laty w Rotterdamie przyprowadził Marie Madelaine na wystawę Cezanne'a. Tylko że w sali obok wisiały Detale Opałki. "Moja obecna żona od razu się na nich poznała" – cieszy się malarz. A on poznał się na niej. "To była – i jest – znakomita dziewczyna!" – opowiada. – "Pisała właśnie o Francisie Baconie, bo zajmowała się wtedy skupowaniem dzieł sztuki dla banków szwajcarskich. Akurat w tym czasie – Bacona, malarza tak ode mnie odmiennego. A jednak i na Opałce się poznała."
Skromność megalomana
Na Opałce najpierw poznał się sam Opałka. "Niektórzy mówią, że jestem megalomanem. Zapewniam, że jestem najskromniejszym z megalomanów" – żartuje sobie. Ale ma rację. Trzeba być mega megalomanem, ale najskromniejszym, żeby zrobić to co on. Tak uwierzyć w siebie, aby zaprząc całe swoje życie, emocje, ciało, także głos (bo Opałka nagrywa odliczanie – dziś rejestruje już tylko pierwsze liczby z każdego kolejnego detalu; zaczął nagrywać, kiedy za jakąś nagrodę kupił we Włoszech magnetofon. A że często malując, liczył na głos, żeby się nie pomylić, zaczął to rejestrować na taśmie); twarz (od lat 60. fotografuje swoją twarz "Dopiero po 12 latach pokazałem te zdjęcia. Bo dopiero po latach widać, co na twarzy zapisuje mijający czas"). Nawet wielkość obrazów wynika z jego wzrostu: płótno ma wielkość idealną, aby stojąc przed nim, wyciągnąwszy rękę do góry, mógł swobodnie malować. Inspiracja wprost od Leonarda da Vinci: jego sławny szkic człowieka obejmującego cały wszechświat. "Wielkość człowieka jest w jego małości" – mówi Opałka. "Po co nam zdobywać inne przestrzenie, skoro nasza własna percepcja nas ogranicza? Przygotowywane są jakieś wyprawy w kosmos, które mają trwać nawet 7 lat.
Co za koszmar! Jakież to samowykluczenie z życia! Ikar spłonął, bo za wysoko poleciał. Za wysoko nie polecimy, więc się nie popisujmy [śmiech]. To są awantury przypominające trochę czasy greckie, Iliadę i Odyseję... człowieka zawsze ciekawiło, co jest za horyzontem. A ja wiem, że za horyzontem jest tylko kolejna górka, a za nią kolejna, i tak dalej." Co nie znaczy, że taka sama. "Jeśli ktoś mówi, że ja malując się powtarzam, nie wie najwyraźniej, że on sam się nie powtarza. Że życie na tym polega, że niby dzień do dnia jest podobny, ale nigdy nie jest taki sam".
Że dzień od dnia się różni – choćby minimalnie – widać też na zdjęciach, sławnych już (i drogich) portretach Opałki, robionych przez niego dzień po dniu. Ciekawe, że początkowo nie traktował ich jak dzieła sztuki: rozwieszał na sznurkach, jak bieliznę, albo przyklejał do ściany. "Ale zaczęto traktować je jak dzieła sztuki, więc takimi się stały" – z tego akurat Opałka jest zadowolony. "Każdy może sobie zrobić zdjęcie jak jest niemowlęciem i jak jest starcem. Ale to co jest między tymi biegunami – to właśnie jest życie. Jego fragment uchwyciłem, dokumentując swoją twarz. Jak się te zdjęcia ogląda – widać efekt mojego Programu." I znów nawiązuje do Leonardo: "W swoim Autoportrecie najdoskonalej w malarstwie uchwycił obecność malarza w jego własnym dziele. Rysując precyzyjnie wszystkie ślady starości na swojej twarzy, jak żaden inny twórca mówi: JESTEM. Nawiasem mówiąc ja na moich zdjęciach, jak mi się wydaje, nie osiągnąłem jeszcze tak widocznej starości jaka jest u niego [śmiech], ale zbliżam się do tego" – żartuje. Leonardo swoje "Jestem" jak pieczęć zarejestrował na jednym obrazie. Opałka swoje "Jestem" zapisuje z dnia na dzień, malując kolejne liczby, robiąc kolejne zdjęcia własnej twarzy, rejestrując głos.
Paradoksalne, że choć sam gotów jest nazwać dzieło swojego życia monumentem bezsensu, dla patrzącego z boku to co zrobił, jest heroiczną wręcz walką o sens. Jakby swoimi liczbami nie tyle odmierzał czas do umierania, nadając mu kierunek, co nadawał kierunek własnemu życiu, sens, dla którego warto przeżyć kolejny dzień.
Zanim dzieło się (nie) skończy
"Od pierwszego dnia jestem skazany na trwanie do końca Programu. Czyli do momentu nieskończenia" – uśmiecha się artysta. Ostatni obraz nie będzie mógł być skończony, wiadomo, skoro jego twórca umrze. "Ta nieskończoność mogłaby zdarzyć się bardzo nie fair w stosunku do mnie" – mówi – "to znaczy kiedy przenoszę Detal ze sztalug i zanim kolejne płótno nie znajdzie się na nich. W związku z moim wiekiem, przenoszę je razem z kimś, kto akurat może mi pomóc. Przenosimy gotowy obraz, aby natychmiast na sztalugach ustawić nowy. Od razu maluję na nim przynajmniej jedną kolejną liczbę. A najczęściej cały rządek liczb" – opowiada – "Żeby nie umrzeć między skończonym a jeszcze nie zaczętym Detalem. Wpadłbym wtedy w jakąs próżnię, wyleciałbym z orbity" – a jednak się uśmiecha, mówiąc to. Ostatni jego skończony obraz zostanie podarowany Muzeum w Łodzi: jest tam pierwszy, będzie i ostatni. Ostatni-ostatni, czyli nieskończony, został już sprzedany: owemu kolekcjonerowi z Niemiec, który ma już 27 Detali. "Ja jedyny nie będę wiedział, że już umarłem. W nazwie programu zaznaczyłem tylko pierwszą datę: żeby znaleźć się w historii... Ostatniej daty nigdy się nie dowiem" – mówi. – "No, chyba że są niespodzianki na tym świecie" – dodaje.
Ma rację, mówiąc, że jest najskromniejszym z megalomanów. Ograniczając swoją twórczość do jednego gestu, Roman Opałka sam siebie umniejszył. Ale przez to stał się wielki. Przy wejściu do jego pracowni, do "jego Polski" jak nazywa tę część domu pod Paryżem, wisi Chrystus ukrzyżowany, jedyny świadek codziennych medytacji czy "spacerów" artysty. Naturalnej wielkości drewniana figura przedstawiająca Boga, w którego Opałka nie wierzy. A który życiem swoim się umniejszył, bo stał się człowiekiem. Do agnostyka Opałki przemówił pęknięciem, jakim czas tę figurę naznaczył. Tak silnie i znacząco, że artysta owego Chrystusa do "swojej Polski" sprowadził. Tym pęknięciem Bóg wtrącił się do rozmowy Opałki o czasie, śmierci, sensie i bezsensie życia. Jej ślady odciśnięte są w kolejnych Detalach: zwątpienia, zaprzeczenia, miłości, niespełnienia, nudy i rozczarowania, przypływu energii i zmęczenia. Starzenia i codziennego umierania. Prawdziwe ślady prawdziwego życia Romana Opałki odciśnięte w liczbach. I to jest prawda Programu Opałka 1965 / 1 do nieskończoności. Niewymyślona, a przez niego przeżyta. Dlatego zapatrzywszy się na szczelnie pokryte liczbami płótno, można zobaczyć, jak falują, że są jak bicie serca. I zapłakać. Nie nad płótnem, nie nad Opałką, a nad życiem samym.
tekst Joanna Rachoń
zdjęcia Andrzej Koziar