W sobotę 3 lipca w stronę obozu I wyruszył zespół: Kinga Baranowska, Tamara Styś, Bogusław Ogrodnik, Marcin Miotk, Dariusz Załuski oraz zespół porterów wysokościowych.
W sobotę 3 lipca w stronę obozu I wyruszył zespół: Kinga Baranowska, Tamara Styś, Bogusław Ogrodnik, Marcin Miotk, Dariusz Załuski oraz zespół porterów wysokościowych.
[Zdjęcia pochodzą z wyprawy Kingi Baranowskiej na Annapurnę. Już niedługo zaprezentujemy zdjęcia z K2]
Pierwsi do miejsca wczorajszego depozytu dotarli Darek z Tamarą, którzy zaczęli poręczowanie w kierunku obozu pierwszego. W międzyczasie Baranowska, Ogrodnik, Miotk uzupełnili swoje plecaki rzeczami z depozytu z dnia poprzedniego. Po zaporęczowaniu 200 metrów skończyły się liny. Marcin Miotk próbował małymi kawałkami lin uzupełniać stare poręczówki. Darek po rekonesansie do wysokości 6050 m stwierdził, że wyżej zdecydowanie nie ma miejsca na postawienie namiotu. W pogarszającej się pogodzie zeszliśmy niżej i znaleźliśmy bardzo wąską półkę skalną, na której rozbiliśmy namiot obozu I. Wysokościomierz wskazywał 5900 m. Na nocleg i przygotowanie platformy zdecydował się zespół: Baranowska, Tommy, Miotk. Przygotowanie platformy pod namiot zajęło zespołowi 3 godziny i generalnie przypominało zaparkowanie Tira (namiotu 3-osobowego) w małym garażu. Zakończyło się to tym, że część namiotu była lekko wywieszona w powietrzu. Zespół po nocy spędzonej w mało komfortowych warunkach bez większych przeszkód dotarł w południe 4 lipca do bazy pod K2.
Kinga Baranowska, Women We Love, numer ósmy.
Dla mężczyzny jest wyzwaniem. Nie dlatego, że taka twarda, silna, odważna. Ale dlatego, że taka prawdziwa! Góry nauczyły ją nie tracić energii na kłamstwa, intrygi, udawanie. Himalaista żyje, kiedy potrafi czytać znaki i podporządkować się naturze. A dla niej himalaizm to droga życia, powołanie.
Odkąd jako pierwsza Polka zdobyła Kanczedzongę, mówią o niej „Królowa Himalajów”. Właśnie przygotowuje się do najtrudniejszej wyprawy: chce wejść na ósmy ośmiotysięcznik w swojej karierze. (Zdobywając Annapurnę tego dokonała - przyp. red.)
Ona najpierw musi się oswoić. Sama ze sobą, ze swoimi myślami. A myśli bywają różne. Nie zawsze jest w nich światło. Jak nie zawsze świeci słońce. Zanim zrobi pierwszy krok, musi wyobrazić sobie wszystko w najdrobniejszych szczegółach. Zobaczyć się w różnych sytuacjach. Twarzą w twarz, sama. Bez niczyjej pomocy. Ona, Kinga. Czasami to trwa. Musi trwać. Ona wie o tym najlepiej. Ale taka już jest, inaczej nie umie. Nawet jeśli jej spieszno, by iść naprzód, rozwijać się. Ma w sobie dużo pokory. Zasadniczo. Chce być tylko blisko świata, który kocha i szanuje. Inni mogą to zaakceptować. Nie muszą. Wie, że może się rozwinąć jak kwiat, ale się nie zmieni. Tam w środku, pod delikatnymi żebrami, jest serce, od którego można się poparzyć. Wie, czego chce. A jak już to wie, nie lubi sobie tego odmawiać.
Może zadzwoni zaraz do kogoś, z kim się wspinała. Kogo dobrze zna. Zapyta, co słychać. Dawno nie rozmawiali, stęskniła się trochę. Pożartują. Będą wspomnienia. Na przykład. Pamiętasz zawody na największego bałwana w bazie pod Manaslu? Kto wtedy wygrał? Nie ma znaczenia. Zostały obrazy. Uśmiech… Albo pościg za kurą na rosół pod Nanga Parbat. Pamiętasz? Było wtedy pięć różnych wypraw, każda krzyczała, że kura jest ich.
Liczy się to, co teraz i co przyniesie jutro. Jeśli znowu wyruszy w góry, wie, że znów w bazie będą się popisywać biegłością w sztuce kulinarnej. No, już dobrze. Marzenia mogą poczekać. Mimo wszystko potrafi być cierpliwa. Nigdzie się przecież nie spieszy. Ale nie chce tylko tęsknić, bo tęsknota boli. Dobrze, jeśli niebo jest na wyciągnięcie ręki. I znów może być, ale to nie jest łatwe. Zresztą nikt nie obiecywał, że będzie łatwe. Spotkała kiedyś ludzi, którzy potrafią walczyć. Nauczyła się od nich więcej niż od kogokolwiek w życiu. Ci ludzie byli na wózkach… Ona ma gorące serce, ale pod cienką skronią jest lód. Taki lód, jakiego nigdy nie brakuje tam, wysoko, gdzie chmury wiszą na wysokości uszu. Gdzie można złapać się skrzydła samolotu i wrócić na takim skrzydle do ciepłych krajów. Prosto na plażę. Albo do domu. Tak, lepiej prosto do domu. Wyleżeć się w wannie. Najlepiej z książką. Dowiedzieć się, jak podróżują inni. Jakie są ich doświadczenia. Co się w nich zmieniło po tym, co zobaczyli… A potem hop, do ciepłego łóżka. I spać, spać, spać. Ona ma chłodną głowę. Uważa, że to w jej przypadku zbawienne. Zanim wyruszy na wyprawę, musi się oswoić z górą. Wierzy, że góra wszystko słyszy, ma swoją duszę. Nie chciałaby jej urazić. Na przykład myśleniem, że chce ją zdobyć. Ona zawsze kolejną górę chce poznać. Tę następną, ósmy ośmiotysięcznik, wcale nie dlatego, że jej ulubiona cyfra to ósemka. Jeśli to będzie możliwe, i z tą górą chce się zaprzyjaźnić. Poczuć, że są blisko, rozumieją się i akceptują.
Tak było z Kanczendzongą. 8598 metrów n.p.m. A mówili, że ta góra nie lubi kobiet. Kto wie, czy nie jest wręcz odwrotnie. Może to właśnie z miłości do nich zatrzymała przy sobie na wieczność najlepsze z nich… Wandę Rutkiewicz. Kinga bierze głęboki wdech. Tutaj na dole ma pod dostatkiem tlenu. Tam jest inaczej. Dlatego zawsze się boi. Nie jest typem zdobywcy. Mówi, że nie o to tutaj chodzi. Najchętniej w ogóle by o tym nie mówiła. To kwestia miłości. A jeśli kochasz naprawdę, zatrzymujesz to w sercu.
Kinga podchodzi do półek z muzyką. Kocha muzykę. Tam wysoko jest tak samo niezbędna jak czekany i liny. Kiedyś ładowała do plecaka 100 płyt. Teraz wszystko można zmieścić w pudełku po zapałkach. Bierze do ręki płytę Pata Metheny’ego. Odkłada. Pat jest w porządku, ale ona ma dzisiaj ochotę na coś innego. Szuka Afryki, world music. O tak, o to chodziło. Wraca do rozmowy. Dopóki nie oswoi się z górą, zostaje w domu. Zawsze tak robi. Teraz też. Przygląda się kolejnemu szczytowi. Jest piękny, jak piękny może być świat. Tylko że tę czarodziejską górę trudno podejść. Na szczyt prowadzi niewiele ścieżek. Jest nieufna i nie znosi pyszałków. Nienawidzi, kiedy się o niej plotkuje. Dlatego Kinga nie zdradzi jej imienia. Niewykluczone, że to będzie wyprawa najtrudniejsza ze wszystkich dotąd. Kto wie. Komputer włączony, na ekranie wyświetla się ONA, góra jak z baśni. Kinga jeszcze jej nie rozgryzła. Być może nigdy nie rozgryzie. Rozmawia z nią od kilku lat. Na razie nie ma mowy o przyjaźni. Jest fascynacja i respekt. Na razie jednostronny, bo Góra jeszcze nie zna Kingi. Chyba że ośmiotysięczniki rozmawiają ze sobą jak himalaiści. I jeden drugiemu wspomniał o drobnej dziewczynie z Polski. Skromnej, silnej, ale przede wszystkim superpokornej. Która włazi na najwyższe góry nie po to, by nad nimi triumfować, ale po to, by z nimi pobyć. I się od nich uczyć: siebie i życia. Kinga znów bierze głęboki oddech. Ani na chwilę nie zapomina, że tam, wysoko, nie będzie to takie łatwe. Próbujesz złapać coś, czego nie ma, mówi. Tlenu tam wysoko jest o 70 procent mniej niż tu, na dole.
Tu na dole lubi jeździć samochodem. To ją wciąga. Ale nie jest pasją. Pasję ma tylko jedną… Dziś na ulicach pusto. Może jechać w dowolnym kierunku. Przed siebie. Najchętniej? Oczywiście w góry. Ale nie dzisiaj. Dzisiaj nie mogę, uśmiecha się. Dziś będą przyjaciółki. Spotkanie w fajnej knajpie. Często za nimi tęskni, chociaż spotkać się z nimi może niemal w każdej chwili. W górach często jest sama z mężczyznami. I tak przez kilka tygodni. Ale w górach znika podział na płeć. Żeby wejść i zejść z powrotem na dół, trzeba być ponad to. To może teraz pobędę w towarzystwie kobiety, którą naprawdę lubię, mówi, podchodząc do regału z muzyką. Bez wahania sięga po płytę Anny Marii Jopek.
więcej w ósmym numerze Malemena