Zapisz się do newslettera:




HOME / MM Extra / Gutek, Kopeć Liebhart

Wywiady w MM Extra

Festiwalowcy
Gutek, Liebhart, Kopeć
Trzech wielkiech festiwalowców obok siebie. Festiwal Filmów Fabularnych w Gdyni, ERA Nowe Horyzonty, Planete Doc Review. Kopeć, Liebhart, Gutek. Kim są, skąd się wzięła ich miłość do filmu, jak robi się wielkie festiwale w polsce. MM Poleca.

ARTUR LIEBHART
tekst: Grzegorz Kapla

W życiu trzeba mieć pasję. Bez niej wszystko jest szare. Nieważne. Przezroczyste. Nie odbija światła, więc nie da się tego sfilmować. Oglądanie filmów zaś to pasja Artura Liebharta. Oglądać je i odnaleźć to, co w nich śpiewa, krzyczy albo płacze.

Z tej pasji uczynił zjawisko: Planete Doc Review, festiwal filmowy, który stał się jedną z najważniejszych kinowych imprez w kraju, a teraz zmierza ku temu, aby stać się drugim co do wielkości festiwalem dokumentalnego kina na świecie. 

Od kiedy wprowadził dokumenty do szerokiego rozpowszechniania, dystrybutorzy i dyrektorzy programowi w telewizjach traktują go jak wyrocznię: żeby być kimś w tej branży trzeba pojechać „śladem Liebharta”, podpatrzeć, co mu się podoba, a z czym dać sobie spokój. Poszedł pod prąd w epoce totalnej komercjalizacji kultury i choć nikt nie dawał szans dokumentalnym opowieściom w epoce „Avatarów” i „Szklanych pułapek”, on dowiódł, że można.
Nigdy nie godził się na bylejakość. Za komuny, kiedy w sklepach były tylko ocet i musztarda, zabrał się do gotowania. Miał 15 lat i nie mógł znieść myśli, że codziennie ma jeść to samo. Gotował ziemniaki z różnymi ziołami, żeby każdego dnia smakowały inaczej.

Stąd do wieczności
O kinie może mówić bez końca. Widział wszystko, zaczynał jako dziewięciolatek. W niedziele szedł do kościoła Jana Chrzciciela na Starym Mieście, a potem do kina Zdrowie na „Wielką włóczęgę” i inne filmy z de Funèsem. Na filmy dla dorosłych wchodził już jako 12-latek, bo był wysoki. Grał w juniorach Legii w koszykówkę. Cztery razy w tygodniu trening. W soboty mecze. To uczyło wytrwałości. Przydała się, gdy wymyślił Planete Doc Review. Nie chciał jednorazowego eventu, chciał instytucji, która będzie szukać wartościowych filmów, znajdować dla nich dystrybutorów, wydawać dokumentalne kino na DVD. Szedł pod prąd. Bez pieniędzy. Pierwsze licencje dostawał za symbolicznego dolara. 

„Przy dokumencie pracują ludzie, którym bardziej niż na kasie zależy na historii, którą opowiadają  – tłumaczy – chcą prowokować do myślenia. Aby ich film żył, musi być oglądany, więc się dogadywaliśmy”. 

Ale potrafi rozmawiać o pieniądzach. Zanim przyszła wolna Polska, sprzedawał chińskie kurtki. „Ładne – orzekł, kiedy je zobaczył – ile tego macie?”. Od tego się zaczęło. Zbudował markę Cititrend. Tak to rozbujał, że o mały włos nie wziął się do budowania centrum handlowego w samym środku Warszawy. Handlował wszystkim, co można było znaleźć między Ameryką i Rosją: od igieł do operacji laparoskopowych po używane limuzyny, pardon, „flotę leasingowanych jaguarów”. Sto jaguarów dla biznesmenów z Syberii.
„Życie było jak film – śmieje się – pojechałem z rosyjskim biznesmenem po walizki Samsonite do Paryża. Miał do wydania kilka milionów dolarów. Wieczorem przy wódce mówi, że jeszcze pięć miesięcy temu pracował w kołchozie i chodził tylko w gumiakach. Przedsiębiorczości Artur nauczył się w podróży. Pachniała benzyną, bo duży fiat ojczyma był już dość sfatygowany. Po drodze handlowali kontrabandą. Pojechali przez Ukrainę, Rumunię, Bułgarię, Turcję i Grecję do Włoch. „Kiedy wjeżdżaliśmy do Polski na granicy dowiedzieliśmy się, że wybuchły strajki…”. Był rok 1980, prawdziwe „lato wolności”.

Śniegi Kilimandżaro
Dziesięć lat później studiował nauki polityczne i psychologię na Uniwersytecie Warszawskim. Psychologię przerwał po trzecim roku.
„Nie mogłem usiedzieć na uczelni, bo za oknem był 1991
i całe życie toczyło się na ulicy – rozkłada ręce – wymyśliłem, że będę pisał przewodniki dla backpackersów”. Książkę „The Visitor’s Guide: New Warsaw” wydał do spółki z Kevinem Penrose’em. Na okładce był Pałac Kultury w kolorach tęczy. O mały włos nie zbankrutowali, bo na druku w wojskowej drukarni na Towarowej spłukali się do cna. Zabrakło na jedzenie, więc przedarli się przez kordon wartowników tłumacząc, że „muszą zobaczyć jakość wydruku”. Dopadli czterech kopii przewodnika, pozszywali je w domu, przykleili okładki i pobiegli pokazać kontrahentom jaką zrobili książkę.
„No i ściągnąć płatności – dodaje – tak się przetarłem
w biznesie”. Rok później wydali drugą książkę w Sankt Petersburgu. Artur wrócił do Warszawy, żeby napisać doktorat u profesora Franciszka Ryszki. Nie zdążył.
„Profesor zmarł, a ja patrzyłem na moich kolegów z Zakładu Myśli Społecznej i myślałem: posiedzę tutaj pięć, sześć lat i kim będę? Takie życie wydało mi się zbyt oczywiste. Nie mogłem żyć bez wyzwań. Z życiem jest jak z filmem: jeśli staje się przewidywalny, zaczyna nudzić. Nie zniósłbym nudnego życia”.
Jakoś wtedy przyjaciele namówili go na butik kreatywny: Mars & Venus. Zabrali się, w pięcioro, do tworzenia wizerunków i identyfikacji. I to z miejsca dla największych firm. Wymyślili niebieskiego żubra i zrobili kampanię wizualną banku PKO SA. I jeszcze MTV Polska.  Zamknęli firmę, bo  porozsychały się związki między nimi.
Przez te lata tylko jedno było constans: kino. W Rosji, Hiszpanii, Meksyku czy Kanadzie szedł do kina przynajmniej trzy razy w tygodniu. Po kilku tygodniach spędzonych w Afryce zaczął organizować piesze safari po Tanzanii i Kenii. Dzień po dniu wędrowali przez wioski Masajów, wioząc na osłach bukłaki z wodą o całe wieki od cywilizacji, podglądali dziką przyrodę, a na koniec moczył swoich turystów w błękitnym jak sam grzech oceanie u stóp Dar es Salaam. Wieczorami siadywał w małych knajpkach i tęsknił za kinem. „I wtedy zrozumiałem: wszystko, czego się nauczyłem w życiu, prowadziło mnie do tej idei – do festiwalu”. Dał sobie rok, żeby wystartować. Na tyle wystarczyło oszczędności.

Faust
Planete Doc Review jest festiwalem na przekór. Stoi w gardle konsumpcyjnej dyktaturze popkultury.  „Ale o to chodzi. Po to przecież powstaje dokumentalne kino, najbardziej ekscytująca z filmowych sztuk”. Jest niepokorna i nieprzewidywalna, bo żaden scenarzysta nie jest w stanie wymyśleć historii, jakie dyktuje życie.
Po katastrofie w Smoleńsku nikt nie ma już wątpliwości.
A jednak niełatwo się przebić dokumentom. Jeszcze kilka lat temu przynajmniej krytycy filmowi mieli swoje miejsce w TVP.

„W telewizjach zastąpili ich komentatorzy kultury, którzy do rangi wydarzenia podnoszą emisję jakiegoś pożal się Boże serialu, i to jest jak  koniec świata – uważa Artur. – Na wolne pole wchodzą ludzie, którzy przekonują nas, że niepotrzebny nam wyjątkowy gatunek ryżu, skoro możemy jeść byle jaki, tani, z supermarketu”.

Jeździł z jednego festiwalu na drugi, podglądał, dyskutował, wymieniał wizytówki, czytał, pisał projekty. No i nauczył się. Odpalił Planete Doc Review i zbudował Against Gravity, firmę, która wprowadza do kin najlepsze światowe dokumenty. I wydaje je na DVD. „Dokumentalne kino to nie jest rozrywka dla kilku nudnych facetów w powyciąganych swetrach, którzy lubią dużo palić
i dużo gadać – powtarza. – To filmy o prawdziwym życiu.
Z suspensem nieudawanym, ze scenariuszem, jakiego nie można przewidzieć, bo jak rozpoznać, którędy potoczy się życie, jeśli kręcisz coś pięć – sześć lat? Czeski „Rene” był robiony 15 lat! Albo „Trzy serca”, które Susan Kaplan robiła siedem lat, śledząc losy miłosnego związku  pary gejów i kobiety, która ma im urodzić dziecko. Początkowo entuzjazm, potem już tylko kurz. Kobieta zostaje sama z dzieckiem, którego przecież nie chciała.
W życiu nie zawsze się udaje”. Arturowi też nie wyszło z Fundacją Promocji Kina „Film Polski”. Miał zbudować internetową bazę filmu polskiego, na której można byłoby zobaczyć w formie streamingu tysiąc filmów. I choć to wydawało się niemożliwe, zdobył prawa do ich rozpowszechniania. Platforma przy udziale Łódzkiej Szkoły Filmowej miała ruszyć w czasie Festiwalu Filmów Polskich w Gdyni. „Dlaczego nie wyszło? – zastanawia się – Może działałem za szybko? Może jestem niepokorny, a tacy mają czasem pod górę. Może dopadł mnie ten faustowski dylemat: za ile można sprzedać duszę…? I odkryłem, że dusza nie jest na sprzedaż”. Na tegorocznym Planete Doc Review organizuje symultaniczny dyskusyjny klub filmowy: 10 kin w Polsce w tym samym czasie pokaże sławną już „Wideokrację” Erika Gandiniego. Wszyscy obecni będą mogli dyskutować za pomocą łącz internetowych, a w każdym kinie będzie któryś z krytyków, a nie komentatorów kultury. „Przełamujemy mit, że tylko w Warszawie, Wrocławiu i Gdyni można zobaczyć premierowo wielkie kino, bo w tym samym czasie projekcja zaplanowana jest również w Garwolinie” – nie kryje satysfakcji.

Bazar Europa
Artur twierdzi, że nie nosi w sobie poczucia niespełnienia, że sam nie wziął się za reżyserię.
„Trzeba mieć w sobie niezachwiane pragnienie tworzenia, ja go nie miałem. Jest tylu ludzi z tym niesamowitym ciągiem. Niech kręcą, ja im pomogę znaleźć drogę do widzów. Ale jest film, którego mi szkoda, wielki film, który nie powstał”.
O Stadionie Dziesięciolecia powstały tylko reportaże. A mógł to być film pełen poezji: słońce zachodzi za zaśnieżony stadion, całe w czerwieni. 200 autokarów ze Wschodu stoi we mgle bladym świtem. Kilka ludzkich historii, pogmatwanych, którym kamera towarzyszyć mogła przez kilka lat. W chwilach nadziei i smutku. I kiedy się trzeba ze stadionem żegnać. „Tak… żałuję, że go nie zrobiłem. To mógłby być film o przemianach społecznych i kulturowych w Polsce. Żaden z reżyserów nie zechciał się do tego zabrać.  Wiem, warunki w Polsce nie sprzyjają takim projektom, ludzie z telewizji chcą mieć coś od razu, reportaż, a nie kino… Trzeba byłoby iść pod prąd. Ale jeśli nie pójdziesz pod prąd, to nie wygrasz. Więc mnie nie przekonuje mówienie, że warunki nie sprzyjają.


LESZEK KOPEĆ
tekst: Krzysztof Miękus




Mam ten komfort, że nie jestem filmowcem
O festiwalu opowiada chętnie, ale każde słowo dokładnie waży, jakby się obawiał, że powie za dużo. Ostrożnie nim obraca, łączy w zdania okrągłe, lecz niekoniecznie zaskakujące. W końcu wyrzuca z siebie „Ja jestem tylko dyrektorem, zajmuję się organizacją tego wydarzenia”.

Zawód: dyrektor. A konkretnie od 2002 r. dyrektor Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Dyrektorem stał się nieco przez przypadek. Pod koniec lat 90. festiwal przeżywał kryzys, co odzwierciedlało poniekąd depresję, w jakiej tkwiła cała ówczesna kinematografia w naszym kraju. Przygoda z branżą filmową zaczęła się dla niego od objęcia niewiele obiecującego stanowiska dyrektora upadającej firmy Neptun Film, właściciela sieci przestarzałych kin na Pomorzu. Przy okazji jednak tej samej firmie przypadało od lat zadanie organizacji festiwalu w Gdyni. W ten sposób Leszek Kopeć został producentem (w 2000 r.), a potem dyrektorem FPFF.

Rajdowiec (nie redaktor)
Nie obyło się bez zgrzytów. Wypominano mu brak doświadczenia w organizowaniu tego rodzaju przedsięwzięć,  zarzucano, że nie zna branży filmowej. Potrafił jednak te braki przekuć na swój atut. Będąc nową twarzą w środowisku, miał wszelkie dane, by mu się przyjrzeć chłodnym okiem i wyczuć jego potrzeby. Kluczowe znaczenie miało jednak to, że szybko filmowców polubił – ze wszystkimi ich wadami i dziwactwami. I wkrótce okazało się, że owa sympatia stała się obustronna. Pewien znany reżyser wyznał: „bo z panem jest ten problem, że pana wszyscy lubią”.
„Nauczyłem się żyć w równowadze – tłumaczy Kopeć – co znaczy, że niełatwo wprowadzić mnie w stan konfliktu, emocji czy agresji. Wszędzie tam, gdzie jest postawiony jakiś cel, staram się zrealizować go tak dobrze, jak potrafię, niezależnie od ciosów i przeszkód, jakie po drodze spotykam”. W latach 70. Leszek Kopeć jeździł w rajdach samochodowych. Do tego także doszło trochę przypadkiem. Po studiach na wydziale polonistyki Uniwersytetu Gdańskiego Kopeć szukał pracy. Jeszcze jako student współredagował i wydawał niezależne pismo „Literaria”. Było robione po amatorsku, drukowane w nakładzie 1000 egzemplarzy, z matryc przygotowywanych na zwykłej maszynie do pisania, ale cieszyło się sporą estymą. Na zaproszenie młodych gdańskich poetów i pisarzy przyjeżdżali Barańczak, Zagajewski, zaś głównym miejscem spotkań środowiska był słynny salonik Stefana i Krystyny Chwinów. Zaproponowano mu pewnego dnia bardzo atrakcyjną pracę redaktora działu literatury w jednym z czasopism wydawanych przez Krajową Agencję Wydawniczą. O tym, że czasopismo było przybudówką partii, Kopeć dowiedział się na samym końcu, niemal w dniu, w którym miał zacząć pracę. „Do partii pan oczywiście należy?” spytał retorycznie przyjmujący go dyrektor. „Nie należę” – odparł Kopeć. „Jak to pan nie należy? To jak pan sobie wyobraża pracę w takim wydawnictwie jak nasze?”.

Zamiast zostać redaktorem, założył więc prywatną firmę. Branża: tworzywa sztuczne. W latach 70. oznaczało to szybkie i duże pieniądze. Ale jakoś Kopcia parzyły w ręce. Nie zbudował fortuny, ale zarobił tyle, by zacząć jeździć w rajdach. Samochody (skoda, zastawa, mały fiat) trzeba było przygotowywać własnym sumptem. Sponsoring wyglądał tak, że przed zawodami pojawiał się pan z pudełkiem świec i dawał po cztery każdemu, kto zgodził się umieścić na samochodzie naklejkę z napisem „Champion”. W ciągu czterech sezonów Kopciowi udało się osiągnąć całkiem znaczące sukcesy (m.in. udział w eliminacjach do mistrzostw Polski), ale wszystko zostało przerwane stanem wojennym.

Polonista
Stan wojenny przerwał też realizację innej pasji Kopcia, pasję, która z czasem miała się okazać ważniejsza, niż się spodziewał. Od czasów licealnych chodził do kina na wszystko, na co się dało. Wymienia filmy, które widział po pięć, sześć albo siedem razy: „Źródło” Bergmana, „Kabaret” Boba Fosse’a, francuską nową falę. „»Muriel« Alaina Resnais widziałem siedem razy, bo tylko tyle było seansów”. Film stanowił dla niego uzupełnienie edukacji. Deficytowe uzupełnienie, podkreśla, ponieważ dostęp do sporej części filmów był utrudniony. „Jeśli zdarzała się jakaś ciekawa projekcja w Żaku lub na konfrontacjach, to trzeba było się bardzo starać, żeby dostać bilety, bo takich projekcji było dwie, trzy i koniec”. Owo staranie oznaczało na ogół ustawianie się w kolejce wieczorem lub w nocy, by rano zdobyć karnet. Pewnego razu, po odstaniu w wielogodzinnej kolejce pod sopockim kinem Polonia, zobaczył napis na szybie, kulfonami wykaligrafowany przez kasjerkę: „Film pokazujący w krytyczny sposób życie rozpasanej burżuazji w XX w. we Francji”. Tak, to był „Dyskretny urok burżuazji” Buñuela.
Jednak to nie obejrzane w czasach studenckich tysiące filmów sprawiły, że Kopeć świetnie odnalazł się jako dyrektor festiwalu filmowego, ale jego polonistyczne wykształcenie. „Obdarzam wszystkich twórców wielką sympatią i zrozumieniem. Jako polonista naczytałem się o naszych wieszczach dość, by wiedzieć, jak często bywali koszmarem dla swoich najbliższych. Zdaję sobie sprawę, że to jest cena, jaką płacą twórcy i ich otoczenie za tę chwilę wzruszenia, kiedy się zrobi coś wartościowego, co opowiada jakąś prawdę o ludziach. Noszę w sobie olbrzymią sympatię i zrozumienie dla artystów, mimo gorzkiej świadomości realiów, jakie towarzyszą życiu twórcy, i problemów, z jakimi boryka się on i jego otoczenie”. Bo sam festiwal istnieje przede wszystkim właśnie dla twórców. Daje jedną z niewielu okazji, przy których reżyserzy, producenci, aktorzy, dystrybutorzy, krytycy mogą spotkać się w jednym miejscu i czasie. Festiwal łączy w sobie więc cechy imprezy towarzyskiej i branżowych targów. Przez prasę przetoczyła się wprawdzie jakiś czas temu dyskusja na temat zmian, jakie należy wprowadzić do formuły festiwalu, by lepiej promował polskie kino za granicą. Leszek Kopeć stoi jednak na stanowisku, że nie wolno mieszać dwóch różnych spraw. „My mamy się zajmować tym, co się tutaj dzieje – argumentuje. – Mamy obsłużyć kinematografię tutaj i promować ją w kraju. Na promocję naszego kina za granicą potrzebne są kolosalne pieniądze i wiedza, jak je zainwestować. A tego nie zrobi się stąd. Nie wypromuje się filmów za granicą z pozycji festiwalu w Gdyni. Nie mamy też co liczyć na ściągnięcie na nasz festiwal najważniejszych ludzi, którzy decydują o dystrybucji filmów, bo Gdynia ich po prostu nie interesuje. Musimy mieć tego świadomość”. Kopeć na poparcie swojej opinii przywołuje przykład amerykańskiego filmu „Blair Witch Project”, który w 2000 r. zarobił w Europie ponad 10 mln euro. „Często zapomina się o tym, że zanim zarobił, to na jego promocję wydano pięć milionów” – dodaje.

Autor
Festiwalowi Leszek Kopeć poświęcił 10 lat życia i nic wskazuje na to, by miał z tego szybko zrezygnować. Jednak ma też inne ambicje. Bo jakkolwiek medialnie rozpoznawalny i logistycznie skomplikowany, to festiwal jest tylko imprezą służącą promocji filmów już zrealizowanych. Tymczasem Kopeć, jak sam tłumaczy, ma w sobie coś z nauczyciela. Stąd m.in. pomysł powołania do życia Gdyńskiej Szkoły Filmowej, która w tym roku startuje z pierwszym naborem.
Szkoła jest marzeniem zrealizowanym, niemniej są też te niezrealizowane: książki. To czuły punkt Leszka Kopcia. Jego kariera literacka skończyła się bowiem, zanim zdążyła się na dobre rozpocząć. W 1989 r., z wieloletnim opóźnieniem, ukazała się jego debiutancka powieść „Kredowe koło”. Była eksperymentem. Jej zagmatwana struktura wprawiała krytyków w zakłopotanie. Henryk Bereza napisał na łamach „Twórczości”, że ma z nią poważny kłopot, bo nie wie, czy jest to powieść bardzo dobra, czy bardzo zła. A potem już nic, tylko niezrealizowane pomysły i porozpoczynane rozdziały czekające na rozwinięcie. „W tym pędzie nie znalazłem czasu, by oprócz posadzonego drzewa i wybudowanych paru domów (które zresztą musiałem w biedzie sprzedać) napisać jeszcze jedną porządną powieść”. I dodaje: „Może to jest po prostu tak, że z wiekiem człowiek staje się coraz bardziej wymagający i coraz trudniej zadowala samego siebie”.


ROMAN GUTEK
tekst: Lech Kurpiewski




Roman(tyk) w kinie

Pytany o ulubioną scenę filmową, wskazuje na tę z „Fitzcarraldo” Wernera Herzoga. Tę, kiedy grany przez Klausa Kinsky'ego ekscentryczny bohater, który umyślił sobie wybudowanie w środku amazońskiej dżungli gmachu opery, nakazuje, chcąc ominąć wodospad na rzece, przeciągnięcie statku przez górę. Zaskakujący – chodzi o scenę, a nie o sposób żeglugi – wybór? Ani trochę. Zwłaszcza w przypadku Romana Gutka – człowieka, który wciąż powtarza, że woli, gdy jest trudniej.

Dziwny facet, wszyscy chcą, by było łatwiej, a on przeciwnie… A co jeszcze dziwniejsze, w tej jego życiowej postawie nie ma żadnej pozy ani żadnej ściemy. On naprawdę już tak ma. Przecież gdyby było inaczej, festiwal filmowy Era Nowe Horyzonty, który jest jego ukochanym dzieckiem, od początku posiadałby zupełnie inne oblicze niż to dzisiejsze – byłby lżejszy, luźniejszy i przyjemniejszy. Bardziej trendy i bardziej glamour. A przez to dla organizatorów byłby bardziej bezpieczny: nikt by wtedy nie grymasił z powodu „wydziwionego” repertuaru, a i  bilety bez większych zabiegów sprzedawałyby się jak świeże bułeczki. Roman Gutek (rocznik 1958) przystępując do realizacji swojego nowohoryzontowego projektu – jego pierwsza edycja odbyła się w 2001 r. w Sanoku, następne odbywały się w Cieszynie, a od pięciu lat siedzibą festiwalu jest Wrocław – wiedział jednak od początku, że chce pokazywać filmy inne od tych z multipleksów. Niby niszowe, a przecież  ważne i odważne, sięgające tak do emocji, jak i budzące intelektualne kontrowersje, dotykające tematów tabu, jak i łamiące narracyjne konwencje. Gutek nie zamierzał się przy tym bawić w żadne kompromisy, dlatego zdecydował się od razu startować z wysokiego artystycznego pułapu. Wciągnął więc swój statek na górę i popłynął pod prąd.
Lubi innym pokazywać filmy, które zrobiły wrażenie na nim samym. Zawsze zresztą starał się dzielić swoimi fascynacjami. Tak było w latach 80.  XX w., gdy  kierował DKF-em w Hybrydach, klubie studenckim Uniwersytetu Warszawskiego, na którym studiował zarządzanie, i potem,  gdy przez  siedem lat dyrektorował utworzonemu przez siebie w 1985 r. Warszawskiemu Festiwalowi Filmowemu. Nie inaczej postępuje też jako właściciel firmy Gutek Film i regularny dystrybutor kinowy, który przez 16 lat istnienia swojej placówki, ba, dziś to już wręcz instytucja, wprowadził na polskie ekrany 250 tytułów – w tym filmy Jarmuscha, Almodovara, von Triera i Lyncha – na które sprzedano w sumie, bagatela,  dziewięć milionów biletów. Z festiwalem Era Nowe Horyzonty rzecz ma się podobnie. Jego program  też  jest jakąś wypadkową  upodobań jego szefa, stąd festiwal ma charakter na wskroś autorski. Nie znaczy to jednak, że Gutek chce cokolwiek komukolwiek narzucać. Uważając, że o gustach należy dyskutować, traktuje każdy „swój” film, niezależnie od tego, czy będzie on podpisany przez Tsai Ming-Lianga, Carlosa Reygadasa czy też przez  Guya Maddina, jako zaproszenie do takiej właśnie dyskusji. Lubi po projekcjach wsłuchiwać się w reakcje widzów (zwłaszcza tych młodych), konfrontować swoje interpretacje z ich wrażeniami, swoje wahania z ich pewnością siebie (w końcu, jak twierdził Oscar Wilde, „młodość wszystko wie”). Często powtarza, że właśnie ze względu na te wszystkie pogaduchy po filmowych seansach na starość zamierza zostać  bileterem w kinie.
 
Kiedyś, gdy zaczął się zachwycać jakimś mocno depresyjnym filmem, usłyszał o sobie, że musi mieć „ciemno w środku”. Zaczął się nad tym zastanawiać i przyszło mu przyznać, że coś tu jest na rzeczy. Uświadomił sobie wtedy, że w filmach szuka nie tylko estetycznej satysfakcji i odpowiedzi na dręczące go pytania egzystencjalne, ale i określonego typu bohatera. Człowieka silnego ale wewnętrznie nieuładzonego, psychicznie poprzełamywanego, trochę odmieńca, trochę szaleńca, swego rodzaju, jakby to ujęła profesor Janion, którą Gutek uważa za jedną z najciekawszych osób, jaką w życiu spotkał, galernika wrażliwości. W pewnym momencie, jak przyznaje,  jasno zdał sobie sprawę, że w kinie szuka po prostu ludzi podobnych do siebie. Kokieteria?  Raczej odważna autoanaliza, Roman Gutek jest bowiem człowiekiem pełnym sprzeczności. Ciągnie go do ludzi, choć ma naturę samotnika, czuje się spełniony, choć wciąż nie może się uwolnić od niespełnień, o których napomyka, ale których nie nazywa, z czasów dzieciństwa spędzonego na podlubelskiej wsi, gdzie się urodził. Może więc, gdy przywołuje swoją ulubioną scenę z „Fitzcarraldo”, to tak naprawdę nie chodzi mu o windowany na szczyt góry statek, lecz o kierującego całą akcją bohatera – o mężczyznę, który pod jasnym garniturem skrywa mroczne wnętrze. Inna sprawa, że Gutek garniturów akurat nosić nie lubi. Ale czytać Dostojewskiego, a i owszem.
Tak naprawdę jednak Roman Gutek zobaczył siebie w, nomen omen, „Zwierciadle” Andrieja Tarkowskiego. Było to 32 lata temu w klubie studenckim Kwant, dokąd się wybrał z dwiema studentkami polonistyki. Film go zupełnie rozwalił, był dla niego jak iluminacja, jak oglądany na ekranie własny rachunek sumienia (a wiadomo przecież, że gdy się ma 20 lat, to nic tak nie boli jak życie). Po seansie usłyszał od koleżanek, że film jest przekombinowany, niejasny i nudny. Ręce mu opadły, ale Roman Gutek potrafi szanować cudze zdanie, nawet inne od swojego. Wkrótce zresztą to udowodnił, żeniąc się z jedną z dziewczyn, z którą był na Tarkowskim. Do dziś są szczęśliwym małżeństwem, choć co do oceny „Zwierciadła” zdaje się wciąż się różnią. Tak czy inaczej dla Romana Gutka to nadal jest najważniejszy film. Co nie przeszkadza, że pytany o ideał kobiety, od razu rzuca imię swojej żony: Alina. Zaraz potem wymienia Carole Bouquet, aktorkę Buñuela. Dlaczego? Bo tajemnicza i piękna…

Żyje z kina i w kinie właściwie też żyje. W domu bywa gościem (śmieje się, że jest to niezła recepta na udany związek), ciągle jest w rozjazdach, ciągle na festiwalach. Świadczy o tym choćby gruby pęk festiwalowych identyfikatorów, który zwisa z szafki w jego gabinecie. Podpytywany o ulubiony festiwal, bez wahania wskazuje Wenecję. Na Lido ma swój ulubiony hotelik (stara willa), położony bardzo blisko festiwalowych obiektów (często powtarza, że prosto z łóżka idzie do kina), do tego jest ciepło, a do plaży tylko 200 m, no i ta znakomita włoska kuchnia….  Ale  miło wspomina też festiwal w  Buenos Aires, przy okazji którego wraz z Piotrem Kobusem zrobił kiedyś wypad nad zjawiskowe wodospady Iguaçu i odwiedził pobliskie misje katolickie, a potem był jeszcze rajd do podnóża Andów. Wypoczywać lubi jednak w kraju, pod koniec sierpnia można go więc spotkać w Juracie, gdzie godzinami pływa w zimnym Bałtyku i gra w tenisa (bynajmniej jednak nie tam, gdzie zwykł kiedyś grywać prezydent Kwaśniewski). W ogóle lubi sportowe życie, zimą gania więc wokół Starej Miłosnej, gdzie mieszka, na biegówkach, a przez resztę roku szaleje na rowerze. A co z alkoholem? Nie mówi, że w ogóle stroni, ale to już nie te czasy, kiedy po gorących  wysokoprocentowych dyskusjach filmowych w Hybrydach potrafił do akademika „na Kicu” wracać śmieciarką albo polewaczką. To se ne vrati.
Ostatnio trochę brakuje mu cierpliwości w relacjach z innymi ludźmi. Przyznaje, że to jego największa wada. A wszystko przez to, że nie potrafi niczego robić na pół gwizdka. Jak się w coś angażuje, to na całego, totalnie. I podobnej postawy oczekuje od swoich współpracowników. Wie, że nie jest łatwym szefem, ale przecież festiwal we Wrocławiu to ogromne przedsięwzięcie. Nie tylko artystyczne, ale i logistyczne. W zeszłym roku przez festiwalowe kina przewinęły się 122 tys. widzów, w tym roku w lipcu nie powinno być ich mniej, zwłaszcza że przewidziane są projekcje aż 480 tytułów, wliczając w to retrospektywę twórczości Godarda i Hasa, a także wielki przegląd najnowszego kina tureckiego. Nic zatem dziwnego, że każdego roku po zakończeniu festiwalu Roman Gutek na dwa dni zamyka się w swoim domu w pokoju na poddaszu i bez przerwy słucha muzyki. Tak odreagowuje stres. Czego słucha? Różnych rzeczy, ale najchętniej tego, co skomponował Estończyk Arvo Pärt.  Ostatnio lubi też słuchać nagrań Mike’a Pattona, który pojawi się w lipcu we Wrocławiu z projektem Mondo Cane.
Być może już od tego roku Roman Gutek zacznie  się zamykać na swoim poddaszu nie tylko na początku sierpnia, ale i pod koniec października. 20 października tego roku rusza bowiem we Wrocławiu American Film Festival, którego organizatorem jest… Roman Gutek. Będzie to cykliczna impreza, mająca służyć, w myśl zasady, że pod latarnią jest najciemniej… odkrywaniu amerykańskiego kina. W jej przygotowaniu wesprą Gutka ludzie ze Stowarzyszenia „Era Nowe Horyzonty”, a także syn Mateusz, który zajmował się dotychczas tłumaczeniem list dialogowych do filmów. A tak na marginesie: drugi syn Romana Gutka, Kuba, wybitny ekspert od kuchni molekularnej, jest wprawdzie dopiero w pierwszej klasie liceum, ale już działa tam w kółku filmowym. Może więc Roman Gutek już niedługo będzie mógł wrzucić na luz. Choć jeszcze nie teraz.  Dziś o przedzieraniu biletów w kinie wyłącznie dla przyjemności ciągle może sobie tylko pomarzyć.


1 2 3

Inne Extra Wywiady