
Daleko nam do Hollywood, ale i my mamy świetnych producentów. Ludzi, którzy z robienia filmów uczynili nie tylko prawdziwie dynamiczną dziedzinę gospodarki, ale i prawdziwą sztukę. Przedstawiamy 11 najlepszych. Takich, którzy wypracowali własne strategie na ten biznes.
Daleko nam do Hollywood, ale i my mamy świetnych producentów. Ludzi, którzy z robienia filmów uczynili nie tylko prawdziwie dynamiczną dziedzinę gospodarki, ale i prawdziwą sztukę. A dopiero się rozkręcają. Są wśród nich filmowcy, którzy stali się biznesmenami, ale są i biznesmeni, których zawsze ciągnęło do filmu. Przedstawiamy 11 najlepszych. Takich, którzy wypracowali własne strategie na ten biznes. Bez tego – zwłaszcza w Polsce, gdzie widzowie nie chodzą do kina tak często jak w Paryżu, Berlinie czy Pradze – nie utrzymaliby się w branży. Branży, dodajmy, na pierwszy rzut oka deficytowej. Jak więc im się udaje?


Aby polski film zwrócił się producentowi, jego budżet nie powinien przekraczać 4 mln zł (tyle kosztowały np. „Wojna polsko-ruska” czy „Zero”). Rachunek jest prosty: średnia cena biletu w kinie to 15 zł (więcej płacimy w multipleksach, mniej w kinach jednosalowych). Co najmniej połowa tej sumy trafia do kina, reszta – do dystrybutora. Ten odlicza swoją prowizję oraz koszty promocji filmu (tzw. P&A – promotion & advertising cost), które dla dużych produkcji wynoszą blisko dwa miliony złotych. Do producenta – to, co zostało: nie więcej niż 4 zł z każdego biletu sprzedanego w kinie na film, który wyprodukował. Jeśli w Polsce robi się ok. 40 filmów rocznie, aby każdy z nich zwrócił koszty produkcji, musiałby przyciągnąć do kin minimum milion widzów. Tyle mają wyłącznie komedie romantyczne. No i „Katyń” Andrzeja Wajdy, który obejrzało ponad 2,7 mln widzów. Dla porównania: na „Zero” poszło 50 tys., na „Wojnę polsko-ruską”, film obsypany nagrodami, w dodatku z Borysem Szycem, w dodatku wg Masłowskiej – 441 tys. Polska produkcja filmowa wydaje się więc biznesem z założenia deficytowym. A nie jest. Jak to możliwe?
Od pięciu lat pewnym wsparciem dla producentów jest Polski Instytut Sztuki Filmowej, instytucja powołana do wspierania rodzimej kinematografii. Finansuje wybrane projekty do 40 proc. ich budżetu, a w przypadku debiutów – nawet do 70 proc. Jest to finansowanie, na zwrot którego PISF przesadnie nie liczy – jest ostatni w kolejce do wycofania zainwestowanych pieniędzy. Ale też PISF – w przeciwieństwie do innych – ma to ryzyko wpisane w misję. Producenci już niekoniecznie.
Szukają więc innych sposobów na zarabianie. Mariusz Łukomski z Monolith Films – jeden z kilku, którzy gotowi są zaryzykować własne pieniądze, i jeden z najbardziej aktywnych w ostatnich latach na naszym rynku: ma udział w 15 produkcjach – zarabia także na dystrybucji filmów. Wprowadził do polskich kin ok. 80 tytułów zachodnich, w tym „Pasję” Mela Gibsona, do której prawa kupił, kiedy nikt nie wróżył jej sukcesu (film kosztował 20 mln dol., zarobił kilkaset). Dystrybuuje też filmy polskie, których jest producentem lub koproducentem. Piotr Dzięcioł, szef Opus Film, przez kolegów nazywany królem Łodzi, jeden z najskromniejszych ludzi w branży, który stworzył nowoczesne, profesjonalne studio filmowe z całą infrastrukturą, produkuje takie filmy jak „Edi”, „Sztuczki” czy „Zero”, ale pieniądze zarabia na reklamach, usługach audiowizualnych, wynajmowaniu hal, studia do postprodukcji, itp. Z kolei szef Akson Studio Michał Kwieciński produkuje najbardziej oglądane seriale telewizyjne. Podobnie zresztą jak Dariusz Gąsiorowski z TVN-u, który wchodzi także w komedie romantyczne, choć tu akurat trudno przebić Tadeusza Lampkę (kilka zrobili razem). Innymi słowy: ilu producentów, tyle strategii na biznes filmowy.
Jacek Samojłowicz w byciu producentem lubi to, że na każdym etapie powstawania filmu może mieć na niego wpływ. Interweniować wszędzie tam, gdzie interwencja jego zdaniem jest potrzebna. Juliusz Machulski został producentem trochę przez przypadek, ale najbardziej dlatego, że nie chciał, aby ktoś inny mówił mu, jak ma robić coś, co sam wie, jak robić. Piotr Dzięcioł, który od siódmego roku życia marzył, by robić filmy, studiował produkcję w łódzkiej Filmówce, a od 1991 r. marzenie realizuje – lubi rolę opiekuna; tym wdzięczniejszą, że najczęściej pracuje z wybitnymi, ale debiutantami. Juliusz Machulski debiutantów stara się unikać – nie wierzy, by znów trafił mu się ktoś taki jak kiedyś Włodzimierz Pasikowski. A to tylko kilku z kilkunastu producentów, z którymi rozmawialiśmy, przygotowując nasz raport.
„Dobry producent wie, jak zrobić film, który przyniesie zysk” – mówi pewnie Andrzej Saramonowicz. Wraz z Tomaszem Koneckim są autorami najbardziej spektakularnego sukcesu finansowego w polskim kinie: na ich „Lejdis” poszło prawie trzy miliony widzów. (Przypomnijmy, że wcześniej rozbudzili apetyty, robiąc „Ciało” i „Testosteron”). Zarobili na tym kilka milionów złotych. Sami sfinansowali więc „Idealnego faceta dla mojej dziewczyny” (6,9 mln zł) i… umoczyli. Dziś już działają osobno – Andrzej Saramonowicz związał się z Warner Bros na kilka następnych lat. Producentem swoich – jest ich scenarzystą i reżyserem – filmów został m.in. dlatego, że wiedział, iż największym skarbem producenta jest… świetny scenarzysta.
A ściślej: świetny scenariusz. Kupno scenariusza to pierwsza inwestycja producenta. Dariusz Jabłoński, szef Apple Film, twierdzi, że to najtrudniejsze pieniądze – bo nie ma żadnej gwarancji, że kiedykolwiek się zwrócą. Pierwsze i wcale nie takie małe: zanim projekt zostanie doprowadzony do etapu, kiedy można szukać finansowania – zwykle pochłania 100-200 tys. zł. Tyle kosztuje tzw. development. Mariusz Łukomski wyjaśnia, że zanim np. książka, do której prawa kupił, zamieni się w gotowy scenariusz – mijają nawet dwa lata. W tym czasie pracują nad nim normalnie opłacani ludzie. Dariusz Jabłoński dodaje, że nawet jeśli ma gotowy scenariusz – czasem szukanie pieniędzy na jego realizację trwa latami. Dlatego producenci pracują nad kilkoma projektami naraz, zarabiają w inny sposób oraz wchodzą w koprodukcje – jak np. robią to Waldemar Leszczyński i Andrzej Serdiukow z Syrena Films, stawiając w tym biznesie na ostrożność.


Aby polski film zwrócił się producentowi, jego budżet nie powinien przekraczać 4 mln zł (tyle kosztowały np. „Wojna polsko-ruska” czy „Zero”). Rachunek jest prosty: średnia cena biletu w kinie to 15 zł (więcej płacimy w multipleksach, mniej w kinach jednosalowych). Co najmniej połowa tej sumy trafia do kina, reszta – do dystrybutora. Ten odlicza swoją prowizję oraz koszty promocji filmu (tzw. P&A – promotion & advertising cost), które dla dużych produkcji wynoszą blisko dwa miliony złotych. Do producenta – to, co zostało: nie więcej niż 4 zł z każdego biletu sprzedanego w kinie na film, który wyprodukował. Jeśli w Polsce robi się ok. 40 filmów rocznie, aby każdy z nich zwrócił koszty produkcji, musiałby przyciągnąć do kin minimum milion widzów. Tyle mają wyłącznie komedie romantyczne. No i „Katyń” Andrzeja Wajdy, który obejrzało ponad 2,7 mln widzów. Dla porównania: na „Zero” poszło 50 tys., na „Wojnę polsko-ruską”, film obsypany nagrodami, w dodatku z Borysem Szycem, w dodatku wg Masłowskiej – 441 tys. Polska produkcja filmowa wydaje się więc biznesem z założenia deficytowym. A nie jest. Jak to możliwe?
Od pięciu lat pewnym wsparciem dla producentów jest Polski Instytut Sztuki Filmowej, instytucja powołana do wspierania rodzimej kinematografii. Finansuje wybrane projekty do 40 proc. ich budżetu, a w przypadku debiutów – nawet do 70 proc. Jest to finansowanie, na zwrot którego PISF przesadnie nie liczy – jest ostatni w kolejce do wycofania zainwestowanych pieniędzy. Ale też PISF – w przeciwieństwie do innych – ma to ryzyko wpisane w misję. Producenci już niekoniecznie.
Szukają więc innych sposobów na zarabianie. Mariusz Łukomski z Monolith Films – jeden z kilku, którzy gotowi są zaryzykować własne pieniądze, i jeden z najbardziej aktywnych w ostatnich latach na naszym rynku: ma udział w 15 produkcjach – zarabia także na dystrybucji filmów. Wprowadził do polskich kin ok. 80 tytułów zachodnich, w tym „Pasję” Mela Gibsona, do której prawa kupił, kiedy nikt nie wróżył jej sukcesu (film kosztował 20 mln dol., zarobił kilkaset). Dystrybuuje też filmy polskie, których jest producentem lub koproducentem. Piotr Dzięcioł, szef Opus Film, przez kolegów nazywany królem Łodzi, jeden z najskromniejszych ludzi w branży, który stworzył nowoczesne, profesjonalne studio filmowe z całą infrastrukturą, produkuje takie filmy jak „Edi”, „Sztuczki” czy „Zero”, ale pieniądze zarabia na reklamach, usługach audiowizualnych, wynajmowaniu hal, studia do postprodukcji, itp. Z kolei szef Akson Studio Michał Kwieciński produkuje najbardziej oglądane seriale telewizyjne. Podobnie zresztą jak Dariusz Gąsiorowski z TVN-u, który wchodzi także w komedie romantyczne, choć tu akurat trudno przebić Tadeusza Lampkę (kilka zrobili razem). Innymi słowy: ilu producentów, tyle strategii na biznes filmowy.
Jacek Samojłowicz w byciu producentem lubi to, że na każdym etapie powstawania filmu może mieć na niego wpływ. Interweniować wszędzie tam, gdzie interwencja jego zdaniem jest potrzebna. Juliusz Machulski został producentem trochę przez przypadek, ale najbardziej dlatego, że nie chciał, aby ktoś inny mówił mu, jak ma robić coś, co sam wie, jak robić. Piotr Dzięcioł, który od siódmego roku życia marzył, by robić filmy, studiował produkcję w łódzkiej Filmówce, a od 1991 r. marzenie realizuje – lubi rolę opiekuna; tym wdzięczniejszą, że najczęściej pracuje z wybitnymi, ale debiutantami. Juliusz Machulski debiutantów stara się unikać – nie wierzy, by znów trafił mu się ktoś taki jak kiedyś Włodzimierz Pasikowski. A to tylko kilku z kilkunastu producentów, z którymi rozmawialiśmy, przygotowując nasz raport.
„Dobry producent wie, jak zrobić film, który przyniesie zysk” – mówi pewnie Andrzej Saramonowicz. Wraz z Tomaszem Koneckim są autorami najbardziej spektakularnego sukcesu finansowego w polskim kinie: na ich „Lejdis” poszło prawie trzy miliony widzów. (Przypomnijmy, że wcześniej rozbudzili apetyty, robiąc „Ciało” i „Testosteron”). Zarobili na tym kilka milionów złotych. Sami sfinansowali więc „Idealnego faceta dla mojej dziewczyny” (6,9 mln zł) i… umoczyli. Dziś już działają osobno – Andrzej Saramonowicz związał się z Warner Bros na kilka następnych lat. Producentem swoich – jest ich scenarzystą i reżyserem – filmów został m.in. dlatego, że wiedział, iż największym skarbem producenta jest… świetny scenarzysta.
A ściślej: świetny scenariusz. Kupno scenariusza to pierwsza inwestycja producenta. Dariusz Jabłoński, szef Apple Film, twierdzi, że to najtrudniejsze pieniądze – bo nie ma żadnej gwarancji, że kiedykolwiek się zwrócą. Pierwsze i wcale nie takie małe: zanim projekt zostanie doprowadzony do etapu, kiedy można szukać finansowania – zwykle pochłania 100-200 tys. zł. Tyle kosztuje tzw. development. Mariusz Łukomski wyjaśnia, że zanim np. książka, do której prawa kupił, zamieni się w gotowy scenariusz – mijają nawet dwa lata. W tym czasie pracują nad nim normalnie opłacani ludzie. Dariusz Jabłoński dodaje, że nawet jeśli ma gotowy scenariusz – czasem szukanie pieniędzy na jego realizację trwa latami. Dlatego producenci pracują nad kilkoma projektami naraz, zarabiają w inny sposób oraz wchodzą w koprodukcje – jak np. robią to Waldemar Leszczyński i Andrzej Serdiukow z Syrena Films, stawiając w tym biznesie na ostrożność.


























































































