Zapisz się do newslettera:




HOME / MM Extra / Restart

Wywiady w MM Extra

Restart
Końca świata nie było
Restart
Ludowe porzekadła mówią, że damy radę podnieść się z najgorszego dramatu, jeśli oprzemy się o własne wnętrze i ktoś nam pomoże – mówi Luba Szawdyn, psychiatra. Restart. Czyli od nowa. Historie ludzi, którzy przeszli wiele, lecz walczyli i wygrali.
Ludowe porzekadła mówią, że damy radę podnieść się z najgorszego dramatu, jeśli oprzemy się o własne wnętrze i ktoś nam pomoże – mówi Luba Szawdyn, psychiatra.
Rozmawia: Joanna Rachoń 

Jeden z naszych bohaterów mówi, że cierpienie nie ma żadnego sensu. Wielu z nas tak myśli.

Cierpienie – bez względu na to, co o nim myślimy – po prostu jest.

Ma taki sens dla nas, dla naszego życia, jaki mu nadamy. Tak samo jak miłość, wolność i wiele innych spraw. Inną rzeczą jest, że człowiek powalony jakimś dramatem ma prawo się buntować. Ma prawo nie widzieć żadnego sensu w tym, co go spotyka. Jest w szoku, nie tylko psychicznym, ale często i fizycznym... Ale głęboko wierzę, że w życiu nie spotyka nas więcej, niż możemy udźwignąć. Co zresztą po 45 latach praktyki zawodowej mogę potwierdzić.

Tylko to dźwiganie różnie nam wychodzi.
Coraz mniej jesteśmy przygotowywani do życia. Nasza sprawność zostaje zredukowana do sprawności palców obsługujących plastikową klawiaturę. A to rzeczywiście nie na wiele się przydaje, kiedy zdarza się dramat.

Reagujemy rozpaczą.
A to nic innego jak smutek plus beznadzieja. Zaczynamy z tego wychodzić, kiedy pojawi się choćby najmniejsze światełko, nadzieja, że to nie koniec świata. Ludowe porzekadła mówią, że zawsze damy radę, kiedy oprzemy się o własne wnętrze i kiedy ktoś poda nam pomocną dłoń.

Od razu pojawiło się światełko.
Wszystko jest po coś. Jak jest trauma, to jest i szansa, żebyśmy zaczęli się w sobie trochę orientować. Bez mocnego bodźca żyjemy z dnia na dzień. Życie sobie płynie, bierzemy, co przynosi, wykorzystujemy najczęściej nie najlepiej. Te bardzo ciężkie sytuacje są wielką szansą na przemianę. Już słyszę protest: że w życiu spotykają nas rzeczy niezależne od nas. Do mnie bardzo często przychodzą ludzie, którzy doznali krzywdy czasem wielokrotnie – i od losu, i od innych – ale jak przyglądamy się ich sposobom myślenia, motywacjom, uczuciom, okazuje się, że część z nich jakby szykowała sobie pole do tego, aby w coś się wkręcić, załamać.

Trudne rzeczy pani mówi.
Łatwiej jest myśleć, że to los nas skrzywdził.  Ale dobrze jest przyjrzeć się, czy aby ja temu losowi nie pomogłem. Na taką refleksję potrzebny jest czas, to oczywiste. Nie chodzi o samooskarżanie się, ale o poznanie jakiejś prawdy o sobie. Zobaczenie tych mechanizmów u siebie bardzo pomaga w wychodzeniu z załamania. Reaktywny zespół depresyjny, jaki często się w takich sytuacjach rozpoznaje, jest u każdego inny, nie da się tego porównywać. Jak dotychczas żadna unifikacja się nie udała. Ale przyjrzenie się sobie pod tym kątem jest bardzo pomocne.

Można sobie pomóc samemu?
Doświadczenie uczy, że samemu jest dużo trudniej. W ogóle nie żyjemy po to, aby być sami. To nasze czasy jakoś przekłamują te najbardziej oczywiste sprawy. Szybciej wychodzą z załamania ci, którzy potrafią płakać, jakoś uzewnętrznić to swoje cierpienie. Wrzeszczeć z bólu, wściekłości, wyć, skoro dusza boli. Nie udawać, że jest OK, kiedy wydaje się, że zaraz oszalejesz z nieszczęścia. Wiele osób doznaje ulgi, wykorzystując te fizjologiczne możliwości. Zaczyna się modlić, zwraca do najbliższych...

A ci często nie wiedzą, jak pomóc. A jeszcze bardziej, co powiedzieć.
Najczęściej wystarczy niewiele: być z takim człowiekiem. Nie dać się odepchnąć – choć w pierwszej chwili wielu próbuje, bo są zakłopotani. Nie ma co się temu dziwić: tak samo jak nie umiemy dawać pomocy, nie umiemy jej przyjmować. Jak nam zabraknie soli, lecimy do sklepu, kiedyś wystarczyło zapukać do drzwi obok.  Ale nie wolno się zrażać. Przy takim człowieku bezwzględnie trzeba być. I to nie zostawiając numer telefonu i deklarację: stary, gdybyś potrzebował, ale fizycznie, być pod ręką. Bo jak ktoś przeżywa dramat, nie wie, czego będzie potrzebował ani kiedy. To nie jest rzecz do ustalenia przez telefon.

Ludzie często się boją nawet zadzwonić, żeby spytać...
Nie chce im się, a nazywają, że się boją. Bardzo proszę, nie mówmy o lękach, których nie ma. Jak ktoś chce, pokona swoje nieumiejętności i powie po prostu: w czym ci pomóc. A jak nie chce, zasłoni się tym swoim „Nie potrafię” albo „On nie chce pomocy”. Znam to na pamięć. Od leni – całe życie tak mają. Odmieniają to na wszystkie sposoby, byle dalej nic nie robić. Tu trzeba trudu. Jak ktoś krwawi, to masz z nim być. Czasem trzeba opatrzyć, pocieszyć, wezwać lekarza. Czasem załatwić jakieś formalności, bo taki człowiek nie ma do nich głowy, gubi dokumenty, nie jest w stanie podjąć najprostszych decyzji. Jest co robić. Ale leń woli zostawić numer telefonu.


Trudno jest odpowiedzieć na pytania, jakie wtedy padają: dlaczego ja? Jaki to ma sens?
Gniew, bunt, niezgoda, poczucie winy – to są sprzeczne uczucia, które mają prawo się pojawić. Ale nie ma sensu z nimi dyskutować – za szybko się zmieniają. To, co ma sens, to zachować dystans i upewniać, że nie jesteśmy sami, że wszystko się zmieni. Bo się zmieni. Jak burza na morzu – ucichnie. Trwać przy tej osobie, ale nie wchodzić w te jej emocje; można powiedzieć: to dla mnie tak samo trudne jak dla ciebie. W końcu i ona zaufa, że to, co ją spotkało, to nie koniec świata. Tym szybciej – dodajmy – im mniej będzie się czuła sama.

Wspomniała pani, że damy radę, jeśli – oprócz pomocy z zewnątrz – oprzemy się o własne wnętrze.
Można się oprzeć o autorytet, choćby książkowy, byle zachęcił do zmiany. My tak niewiele potrzebujemy! Szacunku, sprawiedliwości i miłości, i jakoś idzie wytrzymać. Ale kiedy wszystko stało się płynne, nawet to niewiele okazuje się trudne... Dawniej wystarczyła jedna kompromitacja pod wpływem środków odurzających, aby ktoś uznał, że coś jest nie tak. Dziś takie zdarzenie mu się rozmyje, bo jest tzw. przyzwolenie społeczne. Nie ma problemu. Znajdzie się cała kompanija, która powie: „Nie przejmuj się, gdybyś wiedział jak ja się wygłupiłem!”. Zamiast – z szacunku do tego człowieka – powiedzieć mu: „Weź się w garść, stary, tak być nie może”. Mam pacjentów, którzy po odurzeniu środkami chemicznymi nie dostali wsparcia swoich kompanów, wręcz przeciwnie: nikt się nie chciał z nimi dalej kolegować. Od razu zgłosili się na leczenie.

Kiedy nie ma takiej reakcji, człowiek leci w dół. U nas nie mówi się o tym, że nagminne przekraczanie norm grozi zaburzeniami w przyszłości. Bo po co o tym mówić?! Zabawa trwa. Wiadomo, że każdy popełnia jakieś wykroczenia, na tym się uczymy. Pod warunkiem, że wiemy, że są jakieś normy! Dziś już się wszystko tak pozacierało, że dopóki nie spowodujesz wypadku po pijanemu, nikt ci nie zwróci uwagi. A jak przychodzi prawdziwe nieszczęście, zostajesz sam. Bo przecież taka kompanija znika.

Pani mówi o uzależnieniach...
... ja mówię o życiu podporządkowanym szukaniu przyjemności. Jakbyśmy chcieli zapomnieć, że życie w pięciogwiazdkowym hotelu nie nauczy nas życia. Unikanie trudności, prawdziwych relacji, konfrontacji. Wszystko, czego potrzebujemy, jest w Dekalogu. I w naszym drzewie genealogicznym. Jak już moi pacjenci uznają, że „żyć trzeba dalej”, pracujemy nad tym, by owo „trzeba” zamieniło się w „chcę”. Im więcej ludzi poprosimy o pomoc, tym szybciej dociera do nas, że warto. Mężczyźni ćwiczą to sobie na różne sposoby, na przykład na tych swoich off-roadach. Głębszy sens bycia razem. Że trzeba się wspierać, pomagać sobie, współdziałać. I dobrze, że oni to robią, bo gdzie indziej trening mają w przeciwnym kierunku! Korporacje, szkoły manipulowania innymi, życie podporządkowane zdobywaniu... Kiedyś zdobywało się Giewont. Dziś wszystko się zdobywa.

Świat idzie do przodu.
Pani żartuje? Dziś wartością jest wyścig i rywalizacja. My, ludzie, nie mamy mechanizmów, żeby w czymś takim non stop żyć! Rywalizacja, złość mogą być dobre, inaczej wciąż żylibyśmy po ciemku i w jaskiniach. Ale po to dostaliśmy wolną wolę i miłość, żebyśmy mieli harmonię między naszymi emocjami, popędami, żebyśmy się lepiej znali, umieli ze sobą współżyć i sobie nawzajem służyć. Żebyśmy nie musieli uczyć się tego na terapii! A to prawdziwy znak czasów. Staliśmy się sami dla siebie bogami. I co? Taki wszechwładny wyrzucił z pracy 300 osób. A teraz jego wyrzucili. I podnieść się nie może... A to przecież tylko praca!

Co ma do tego drzewo genealogiczne?
Przecież tam jest cała nasza siła! Zaprzeczanie temu i odcinanie się od swoich przodków, także od – tak, tak – narodu to dla mnie kolejny absurd. Od kilkudziesięciu lat ze swoimi pacjentami analizuję ich genealogię. Jeżdżą, zbierają zdjęcia, przyglądają się im. Nic o tych ludziach nie wiedzą. Bo dziadkowie ulegli „modzie” na robotnicze czy jakieś pochodzenie, więc odcięli się od tych ze wsi. Jasne, że szukając, dowiemy się, że dziadek zdradzał babkę, a ktoś tam pił. Ale ile tam bogactwa, ile męstwa w tych historiach. Ile mądrości, trwania razem, pomagania sobie, odnajdywania się, podnoszenia po kolejnych tragediach. Nieraz w swoim gabinecie widziałam łzy, widziałam zachwyt tymi historiami, fascynację tajemnicami... I słyszałam w końcu: „Jeśli oni dali radę, ja też jakoś dam”.  



MARCIN WASILEWSKI
tekst: Joanna Rachoń
zdjęcie: Michał Szlaga

Wraca do gry
Kiedy leżał na boisku po brutalnym faulu, z podwójnie złamaną nogą, zmroczony bólem, wszyscy zastanawiali się,
czy w ogóle będzie jeszcze chodził. On sam pytał lekarza:
„Kiedy znów będę grać?”.


MAREK DYJAK
tekst: Joanna Rachoń

„Czasem włażę do wanny i wyję z bólu jak ranne zwierzę – mówi Marek Dyjak. Muzyk. Z wykształcenia hydraulik. Bardzo wyjątkowy facet, który śpiewa tak, że ciarki po plecach chodzą. Wydał pięć płyt, zagrał kilkaset koncertów. – Pani pyta jak ja sobie radzę? Ja sobie, kurwa, nie radzę”.


JACEK ZALEWSKI
tekst: Michał Olszański

Kiedy miał mu się urodzić „nienormalny” syn, wpadł w panikę. Zastanawiał się, czy nie porzucić gdzieś dzieciaka, nie pozbyć raz na zawsze. Gdy Kuba się urodził, jego tata porzucił… pracę. 

IGOR JANKE
tekst: Joanna Rachoń

Przyjaciel powiedział mu: „Ten ból musisz porządkować.
Zrobisz tak: płaczesz w weekendy, w tygodniu jedziesz normalnie”. Był wtedy świeżo upieczonym szefem PAP-u. Nie mógł nawalić. Pierwszy raz w życiu miał pod sobą 200 pracowników.


MACIEJ KOZŁOWSKI
tekst: Aleksandra Binkowska

„Nie chcę gadać o chorobie – był stanowczy, kiedy rok temu prosiliśmy o rozmowę. – Raz powiedziałem, to przez dwa lata nie miałem pracy”. Zaskoczył nas i ucieszył, kiedy jednak się zgodził. Nie zdążyliśmy się spotkać, zmarł 11 maja. Oddajemy głos kilku jego przyjaciołom.  


KRZYSZTOF ZIEMIEC
rozmawia: Justyna Kobus

Wiele miesięcy po pożarze domu, w którym omal nie zginął, ratując trójkę dzieci i żonę, usłyszał na badaniu kontrolnym: „To pan żyje! Jak dobrze, nie wierzyłem, że pan z tego wyjdzie”.

Sześć historii sześciu facetów. W całości - w jedenastym numerze MALEMENA.
1 2 3 4

Inne Extra Wywiady