
Aktorka, nie kryjmy, świetna aktorka. Cenimy ją za mądrość postaci, które grywa. To potrafi przytłoczyć. Ale przychodzi moment, kiedy zrzuca kostium i staje przed nami bez żadnej maski.
Chciałem dobrze.
Kiedy dowiedziałem się, że mam zrobić wywiad z Olgą Bołądź, ucieszyłem się, bo pomyślałem, że to szansa pokazać, jaka jest naprawdę. No, może bez przesady, ale przynajmniej nie tak jak agencja PR „sprzedaje” aktorki grające w serialach czy filmach. Nie przygotowałem pytań, zresztą rzadko to robię. Bo chcę rozmawiać, a nie zadawać pytania. Więc rozmawialiśmy. Sesja nie należała do najłatwiejszych i najbardziej komfortowych w życiu Olgi, ja patrząc, jak pracuje nad zdjęciami, znajdowałem coraz większe uznanie dla jej profesjonalizmu i anielskiej cierpliwości, bo nie ona tu była powodem braku komfortu. Jest takie uczucie pojawiające się, kiedy widzisz kogoś skupionego na swojej pracy, które każe ci wyjść, żeby nie przeszkadzać. A Olga jest profesjonalna do bólu, postanowiłem więc, że namówię ją na trochę mniej profesjonalne pokazanie siebie. Mniej profesjonalne, czyli pozbawione myślenia o tym „co powiedzą ludzie”. Nie namawiałem. Po prostu rozmawialiśmy, bo to jest dziewczyna, z którą się świetnie „po prostu rozmawia”.
Kiedy skończyliśmy, do pokoju wślizgnęła się niepostrzeżenie panna Autoryzacja. Przeczytała z uwagą kilkakrotnie mój tekst i niczym cenzor z dziewiątego rzędu z piosenki Jacka Kaczmarskiego oznajmiła, że „w tej formie to nie może pójść!”. Początkowo chciałem nawet dyskutować, ale później to zrozumiałem. Ona wcale nie jest przeciwko mnie. Ona była przeciwko niej. Bo ona była nią. Wstałem więc szybko i spróbowałem wyrwać jej te kartki. Część oddarła się mniej więcej w połowie. Poniżej to, co niestety zostało w moich rękach.
J.Z.: „Mam trudne nazwisko, ale polskie. Bołądź. Mówię wyraźnie. Bo-Łądź Olga. W mailu piszę się boladz, ale proszę nie pisać, bo jest tragicznie...”.
Tak się zaczyna twoja rola w spektaklu Krzysztofa Materny „Henryk Sienkiewicz The greatest hits”, który będziemy mogli od grudnia oglądać na deskach Teatru IMKA. To ma być rozmowa o tobie.
O.B.: Tak, ale zaczęło się od nazwiska. Niektórzy mówią, że trudne i żeby je zmienić, ale ja się już do tego przyzwyczaiłam. Cieszę się, że choć się znamy prywatnie, nie trącasz mnie łokciem i nie mówisz „Ej, to weź się teraz otwórz, bo chcę mieć fajny wywiad. No powiedz coś”.
J.Z.: Kojarzysz się z cyrkowcem stojącym na takiej równoważni z walcem pośrodku. I stoisz, ale cały czas balansujesz środkiem ciężkości ciała. Z zewnątrz wygląda to na pewnie utrzymywaną pionową pozycję, ale w środku cały czas jest napięcie. To musi być strasznie męczące...
O.B.: Zawód aktora kojarzy ci się z zawodem cyrkowca? Coś w tym jest. To ciągłe balansowanie. Od momentu skończenia szkoły cały swój czas wypełniasz pracą. Jesteś w niej praktycznie non stop. Nie masz czasu na refleksje. Ale ja dochodzę już do takiego momentu w życiu, że chcę się trochę pozastanawiać. Nie miałam potrzeby konfrontowania się z rzeczywistością, bo rzeczywistość jakby żyła za mnie. Ale w dojrzewaniu niesamowite jest to, że umysł zaczyna się męczyć tym stanem ciągłego napięcia. Powoli odkrywam swoją naturę. Nad wieloma sprawami się zastanawiam, do wielu wyzwań podchodzę z większą pokorą. I w gruncie rzeczy lubię aktorstwo za to, że mogę się chować za postaciami, które gram. Nie gram siebie, choć gram sobą. Jestem narzędziem we własnych rękach. I chyba również dlatego postrzegasz to jako wykańczający zawód.
J.Z.: Bo to napięcie nie poddaje się kontroli, ekstremalnie trudno je stopniować. Znalazłaś sobie zawód, w którym cały czas jesteś w kropce.
O.B.: No tak, ale chyba tak jest generalnie w życiu. Nawet jak wybierzesz jakieś rozwiązanie, to za tymi drzwiami, przez które przejdziesz, ukazują się trzy kolejne.
J.Z.: Gdybyś mi powiedziała, że jedziesz do Hollywood, to zapytałbym cię, po co ci to...
O.B.: Pytasz mnie, czy mam „americam dream”? Obecnie to śni mi się „european dream”. Marzę o tym, żeby zagrać w serialu „Gra o tron”...
J.Z.: No tak... Z temperamentu przypominasz nieco Aryę Stark... Choć ona była znacznie młodsza i wiesz, że nie robię przytyku do twego wieku...
O.B.: To moja ulubiona postać... Choć na początku sagi ma dziewięć lat – faktycznie trudniej być od niej młodszą (śmiech) – ale za to ma najtrudniejszą drogę do przebycia. Jest odważna, a momentami nawet wściekła... Przeczytałam dwa razy to, co do tej pory napisał George R.R. Martin. To jest świat, z którego czasem nie chcesz wracać. Zresztą bohaterowie w pewnym momencie nawet o tym rozmawiają. O książkach, w które wchodzisz właśnie jak do innego świata. A Arya straciła wzrok...
Fragment pochodzi z 22 numeru Malemena.
Kiedy dowiedziałem się, że mam zrobić wywiad z Olgą Bołądź, ucieszyłem się, bo pomyślałem, że to szansa pokazać, jaka jest naprawdę. No, może bez przesady, ale przynajmniej nie tak jak agencja PR „sprzedaje” aktorki grające w serialach czy filmach. Nie przygotowałem pytań, zresztą rzadko to robię. Bo chcę rozmawiać, a nie zadawać pytania. Więc rozmawialiśmy. Sesja nie należała do najłatwiejszych i najbardziej komfortowych w życiu Olgi, ja patrząc, jak pracuje nad zdjęciami, znajdowałem coraz większe uznanie dla jej profesjonalizmu i anielskiej cierpliwości, bo nie ona tu była powodem braku komfortu. Jest takie uczucie pojawiające się, kiedy widzisz kogoś skupionego na swojej pracy, które każe ci wyjść, żeby nie przeszkadzać. A Olga jest profesjonalna do bólu, postanowiłem więc, że namówię ją na trochę mniej profesjonalne pokazanie siebie. Mniej profesjonalne, czyli pozbawione myślenia o tym „co powiedzą ludzie”. Nie namawiałem. Po prostu rozmawialiśmy, bo to jest dziewczyna, z którą się świetnie „po prostu rozmawia”.
Kiedy skończyliśmy, do pokoju wślizgnęła się niepostrzeżenie panna Autoryzacja. Przeczytała z uwagą kilkakrotnie mój tekst i niczym cenzor z dziewiątego rzędu z piosenki Jacka Kaczmarskiego oznajmiła, że „w tej formie to nie może pójść!”. Początkowo chciałem nawet dyskutować, ale później to zrozumiałem. Ona wcale nie jest przeciwko mnie. Ona była przeciwko niej. Bo ona była nią. Wstałem więc szybko i spróbowałem wyrwać jej te kartki. Część oddarła się mniej więcej w połowie. Poniżej to, co niestety zostało w moich rękach.
J.Z.: „Mam trudne nazwisko, ale polskie. Bołądź. Mówię wyraźnie. Bo-Łądź Olga. W mailu piszę się boladz, ale proszę nie pisać, bo jest tragicznie...”.
Tak się zaczyna twoja rola w spektaklu Krzysztofa Materny „Henryk Sienkiewicz The greatest hits”, który będziemy mogli od grudnia oglądać na deskach Teatru IMKA. To ma być rozmowa o tobie.
O.B.: Tak, ale zaczęło się od nazwiska. Niektórzy mówią, że trudne i żeby je zmienić, ale ja się już do tego przyzwyczaiłam. Cieszę się, że choć się znamy prywatnie, nie trącasz mnie łokciem i nie mówisz „Ej, to weź się teraz otwórz, bo chcę mieć fajny wywiad. No powiedz coś”.
J.Z.: Kojarzysz się z cyrkowcem stojącym na takiej równoważni z walcem pośrodku. I stoisz, ale cały czas balansujesz środkiem ciężkości ciała. Z zewnątrz wygląda to na pewnie utrzymywaną pionową pozycję, ale w środku cały czas jest napięcie. To musi być strasznie męczące...
O.B.: Zawód aktora kojarzy ci się z zawodem cyrkowca? Coś w tym jest. To ciągłe balansowanie. Od momentu skończenia szkoły cały swój czas wypełniasz pracą. Jesteś w niej praktycznie non stop. Nie masz czasu na refleksje. Ale ja dochodzę już do takiego momentu w życiu, że chcę się trochę pozastanawiać. Nie miałam potrzeby konfrontowania się z rzeczywistością, bo rzeczywistość jakby żyła za mnie. Ale w dojrzewaniu niesamowite jest to, że umysł zaczyna się męczyć tym stanem ciągłego napięcia. Powoli odkrywam swoją naturę. Nad wieloma sprawami się zastanawiam, do wielu wyzwań podchodzę z większą pokorą. I w gruncie rzeczy lubię aktorstwo za to, że mogę się chować za postaciami, które gram. Nie gram siebie, choć gram sobą. Jestem narzędziem we własnych rękach. I chyba również dlatego postrzegasz to jako wykańczający zawód.
J.Z.: Bo to napięcie nie poddaje się kontroli, ekstremalnie trudno je stopniować. Znalazłaś sobie zawód, w którym cały czas jesteś w kropce.
O.B.: No tak, ale chyba tak jest generalnie w życiu. Nawet jak wybierzesz jakieś rozwiązanie, to za tymi drzwiami, przez które przejdziesz, ukazują się trzy kolejne.
J.Z.: Gdybyś mi powiedziała, że jedziesz do Hollywood, to zapytałbym cię, po co ci to...
O.B.: Pytasz mnie, czy mam „americam dream”? Obecnie to śni mi się „european dream”. Marzę o tym, żeby zagrać w serialu „Gra o tron”...
J.Z.: No tak... Z temperamentu przypominasz nieco Aryę Stark... Choć ona była znacznie młodsza i wiesz, że nie robię przytyku do twego wieku...
O.B.: To moja ulubiona postać... Choć na początku sagi ma dziewięć lat – faktycznie trudniej być od niej młodszą (śmiech) – ale za to ma najtrudniejszą drogę do przebycia. Jest odważna, a momentami nawet wściekła... Przeczytałam dwa razy to, co do tej pory napisał George R.R. Martin. To jest świat, z którego czasem nie chcesz wracać. Zresztą bohaterowie w pewnym momencie nawet o tym rozmawiają. O książkach, w które wchodzisz właśnie jak do innego świata. A Arya straciła wzrok...
Fragment pochodzi z 22 numeru Malemena.
109




































































