Zapisz się do newslettera:




HOME / ISSUE 27 / Mężczyźni - Fisz i Emade

MALEMEN MEN

ISSUE

Fisz i Emade
Tekst: Filip Łobodziński | Zdjęcia: M. Wunsche i A. Samsel
Są fenomenalni. Ale „talent to ma każdy”, jak mawiał Janusz Głowacki. I dlatego nie za talent, ale za konsekwentne, od młodości, budowanie własnego gmachu sztuki szanuję ich najbardziej. Oraz za to, że mimo lat spędzonych na psuciu sobie nawzajem zabawek i braterskich bójkach, tak doskonale współpracują. Rozumieją się niemal bez słów. – Pisząc tekst, od razu wiem, gdzie Piotrek mi to zbrudzi, gdzie złagodzi – przyznaje Fisz. – Współpraca z nim to straszna łatwizna. Kiedy pracuję z kimś innym, często pojawiają się kompromisy i tarcia.
Siedzą przede mną Fisz i Emade, dwaj mężczyźni
z „poważnym dorobkiem artystycznym”, a ja patrzę i usiłuję odnaleźć w nich tych dwóch szczawików, których zobaczyłem pierwszy raz przed 22 laty.

Nie powinienem, wiem, bo to ustawia mnie na pozycji „dziada siwego jak Hugh Grant”. Ale wciąż pamiętam tamtą chwilę, kiedy w mieszkanku państwa Waglewskich na warszawskim Ursynowie rozchodził się zapach obiadu, a ja kończyłem wywiad z liderem Voo Voo. Wojciech Waglewski pokazywał mi właśnie, jak uzyskuje frazowanie perskiego sitaru na gitarze dwunastostrunowej, które zachwyciło mnie w utworze Voo Voo „Gruby i chudy”. Z podwórka do mieszkania wpadli Bartek i Piotrek. Mieli dwanaście i dziewięć lat, żadnych znamion artystów. Czułem, że czas spadać, bo sztuka ustąpić musi miejsca pięknej prozie życia rodzinnego.

Sztuka jednak odzyskała teren. I to nie tylko muzyczna, ale i plastyczna. Fisz wcześnie odkrył także pasję malowania. Przewinął się przez studia w Europejskiej Akademii Sztuk, miał kilka wystaw. Przed laty na prośbę krakowskiego poety Wojciecha Bonowicza zilustrował jego tomik poezji „Polskie znaki”. Drogi obu panów znów zeszły się ostatnio, gdy Bonowicz napisał „Bajki Misia Fisia”. Bartka nie trzeba było długo namawiać: – Wojtek miał do mnie, o dziwo, duże zaufanie, a ja ostatni raz malowałem chyba z dziesięć lat temu – przyznaje. – Pozwolił mi na rysunki proste, malowane ręką, z błędami, chlapnięciami, małymi kleksami tam i tu. Bez komputerów. Zawsze szukałem w malarstwie czy rysunkach pewnej naiwności, wrażliwości czysto dziecięcej, bo tak malowali moi ulubieńcy: Nikifor, Klee, Basquiat, Joan Miró czy Yoshimoto Nara.
Nie sama propozycja jednak okazała się decydująca, ale styl 
i nastrój bajek Bonowicza. – Wojtek ma ogromny dar kończenia swych historii i wierszy tam, gdzie trzeba. To formy bardzo krótkie, nieprzegadane i przede wszystkim urocze i mądre. A ja interpretuję te bajki jak dziecko. Działam kolorami, zawsze ciągnęło mnie do malarstwa ze względu na kolor.
Po zilustrowaniu książki o Misiu Fisiu, która właśnie się ukazuje – Fisz (Fiś?) nie odłożył piórek. Powstały też płótna z Misiem Fisiem, które wiszą w pokojach jego dzieci. – Na pewno będę chciał coś jeszcze pomalować – dodaje Fisz.

O jego bracie Piotrze coraz częściej mówi się, że to producent muzyczny pokroju co najmniej europejskiego. Dwaj mężczyźni z „pow… dor… art…” są dziś obsypywani nagrodami. Mężczyźni, którzy kilkanaście lat temu ogłosili deklarację niepodległości i zdobyli własne dominium, skutkiem czego zamiast „synowie Waglewskiego” o nich, częściej mówi się o nim „ojciec Fisza i Emade”. – Ogłoszenie niezależności od gustu rodziców było bardzo ważne od samego początku – podkreśla Emade. I zdrowe. Kto jeszcze na dzień dobry tak rączo zrezygnował z rodowych kuponów i otworzył własne konto? Nicholas Cage, Krzysztof Musiał-Janczar, Angelina Jolie… Dzieci sławnych rodziców częściej jednak korzystają z trampoliny rodowego nazwiska.
Kilka miesięcy temu swoją piątą wspólną płytą „Zwierzę bez nogi” zapytali „Jesteście gotowi?”. Byłem zawsze. Rozchylam więc zasłony jak Sharon Stone nogi, by poznać ludzi-artystów i artystów-ludzi. Zwłaszcza z Fiszem na pewno łatwo nie będzie, bo człowiek, który dużo gada „zawodowo”, poza tym woli milczeć. – Od dzieciństwa jestem mało elokwentny 
– usprawiedliwia się facet, który na scenie wysypuje z siebie tony rymów, obserwacji, monologów. – Hip-hop to potok myślenia i słów, duże formy, które jakoś opanowałem, chociaż początki były trudne. Problem był po pierwszej płycie, kiedy trzeba było wyjść na scenę. Dlatego nigdy na żywo nie wykonałem „Czerwonej sukienki” z „Polepionych dźwięków”, która okazała się czymś na kształt przeboju, powiedzmy, ale nigdy nie mogłem tego zapamiętać. – Na koncertach zdarzali się „suflerzy” wśród publiczności, którzy pamiętali teksty lepiej od Bartka – uzupełnia Emade. – Bo niektóre są koszmarnie długie! – kontruje starszy brat ze śmiechem. Jak sobie radził? Haftował, wstawiał byle co, byle dziur nie zostawić. „Jak John Coltrane na saksofonie, ja improwizuję słowem” – deklamował na pierwszej autorskiej płycie. Ale zaprawdę, im starszy, tym lepszy – jak wino, bo zapomina coraz rzadziej.

Zaczynali w pokoju, domowym sposobem konstruując pierwsze bity i gadułki. Kiedy poczuli, że to jest „na poważnie”? Dopiero, gdy wydawali pierwszą płytę jako zespół RHX. 
– Zapytałem Tytusa, naszego pierwszego wydawcę (z Asfalt Records) – opowiada Emade – czy będziemy mieć kolorową okładkę. „Oczywiście”. Wtedy poczułem, że to jest prawdziwe wydawnictwo, że naprawdę wydajemy płytę, że jest kontrakt, że będzie nakład, dystrybucja…
Gdy dwaj mężczyźni z „pow… dor… art…” byli jeszcze szczawikami i szaleli na ursynowskim podwórku, Los już przymierzał im przyszłe kostiumy. Muzyka grała w życiu rodzinnym rolę ogromną – ich ojciec wypływał właśnie w rejs jako samodzielny artysta. Najpierw była płyta „I Ching”, namotana przez Zbigniew Hołdysa, zaraz potem efemeryda MWNH, wreszcie debiut Voo Voo, autorskiej formacji Waglewskiego. Na „Polepionych dźwiękach” i „Na wylot” słychać w gadułach Fisza dosłowne cytaty z tamtych płyt, chociaż szczawiki zrazu wyraźnie dystansowały się od estetyki sławnego rodzica. Piotrka nagrania taty wręcz przygnębiały: – Pytałem mamę, czemu tata pisze takie smutne teksty, czy jest mu jakoś źle… „Całą noc nie mogłem zakręcić kranu…” („Faza III” z debiutanckiej płyty Voo Voo). Nie wiedziałem, o co mu chodzi, przecież mamy szczelne krany…

Po latach z upodobaniem sięgali po obecne w domu płyty jazzowe (Miles Davis, Stańko, Komeda), by pobierać z nich sample: – Pociągały nas tamte melodie, dźwięki, melodie, odzywały się zupełnie nieprawdopodobnie, inaczej niż w superprodukcjach z lat 80. Każdy instrument brzmiał i wybrzmiewał prawdziwie. Jakby orkiestra grała w mieszkaniu. Te stare płyty są ponadczasowe. Czuć emocje, czuć porozumienie między muzykami – mówi Fisz.

Ale wtedy, w czasach szczawikowych, słuchanie Coltrane’a 
w domu dla przyjemności wydawało im się snobistycznym dziwactwem. Ich horyzont muzyczny określała szkoła i podwórko. Trzeba było być na czasie. Stąd pierwsze grzechy 
– Bartek zasłuchiwał się w Technotronic, house’owym zespole z Belgii, Piotrek w Milli Vanilli, jednym z największych obciachów w dziejach muzyki rozrywkowej. Potem podwórko przerzuciło się na ostry metal, więc i mali Waglewscy zaczęli znosić do domu pentagramy i delektować się łomotem Anthraxa czy Sodomu. – Wtedy dominował plastik, więc nasz zwrot ku metalowi wynikał z buntu – zauważa Emade. Nawet zaistnieli na scenie w Remoncie podczas Szczypiorku, przeglądu młodych kapel z Ursynowa. 12-letni Piotrek grał na bębnach. – Jak wyszliśmy na scenę, krzyczeli, że ma jeszcze mleko pod nosem, ale graliśmy niezły łomot hardcore’owy, ja darłem się „po norwesku”, co jakiś czas wrzucałem jakieś „mother-
fucker”… – wspomina z uśmiechem Fisz. Po latach przypomnieli o tych fascynacjach płytą „Heavi Metal”. Ale prawdziwym buntem okazał się hip-hop – do tworzenia wystarczyły komputer i sampler. – Czyli narzędzia, których ojciec nie 
rozumiał – opowiada Fisz.

Zbliżenie pokoleniowe nastąpiło po „Polepionych dźwiękach” – tata Waglewski przygrał na gitarze w dwóch utworach z płyty Fisza „Na wylot” (2001), rok później Fisz zarapował w „Pionach, poziomach” na albumie „Płyta” Voo Voo. Dziś umieją być równorzędnymi partnerami, czego dowiodły „Męska muzyka” trzech Waglewskich i producencki szlif Emade na płycie Voo Voo „Wszyscy muzycy to wojownicy”. Ojciec chciał spróbować brzmienia, którego do tej pory nie próbował, a po debiutanckiej płycie rockowego tria Kim Nowak, gdzie młodzi Waglewscy stanowią dwie trzecie, wiedział, na co ich stać. – Dla fanów twórczości ojca mogło to być kontrowersyjne, bo jego płyty, szczególnie od połowy lat 90., brzmią bardzo czysto, dosyć nowocześnie, a my 
z jego muzyki zrobiliśmy gruz. Ale na jego odpowiedzialność! 
– uśmiecha się Emade, który dziś najwyżej ceni brzmienie tych wcześniejszych albumów ojca.

Od wspomnień nie da się uciec. „Zwierzę…” też zdominował gitarowy brud rodem z garażowego punku, a styl, skrecze (DJ Eprom!) i ogólna poetyka odwołują się do estetyki starej szkoły hiphopowej. – Coraz mniej mam kontaktu z Fiszem 
z „Polepionych dźwięków”, miałem zupełnie inny głos, Piotrek też zupełnie inaczej konstruował bity – opowiada Fisz. 
– Ale teraz przy „Zwierzaku” poczuliśmy podobne emocje.
Czyli, jak gadał Fisz w „S.O.S.” czy w „Sercu”, „wracam do punktu wyjścia”. Czy dwaj mężczyźni czują się tak starzy, by już wspominać? Raczej przedłużają młodość. Czują się odpowiedzialnymi, poważnymi mężczyznami, odpowiedzialnymi za własne rodziny, ale powiew dzieciństwa wciąż omiata im dusze. – Nie mamy pracodawcy, nikogo nad sobą. W ogóle nie pracujemy – śmieje się Emade. – Zawód muzyka ciągnie za sobą aurę pewnej niepowagi. Chyba nigdy nie chcieliśmy dorosnąć… Samo nas dopadło.
Są fenomenalni. Ale „talent to ma każdy”, jak mawiał Janusz Głowacki. I dlatego nie za talent, ale za konsekwentne, od młodości, budowanie własnego gmachu sztuki szanuję ich najbardziej. Oraz za to, że mimo lat spędzonych na psuciu sobie nawzajem zabawek i braterskich bójkach, tak doskonale współpracują. Rozumieją się niemal bez słów. – Pisząc tekst, od razu wiem, gdzie Piotrek mi to zbrudzi, gdzie złagodzi – przyznaje Fisz. – Współpraca z nim to straszna łatwizna. Kiedy pracuję z kimś innym, często pojawiają się kompromisy i tarcia.

Dla Fisza praca w studiu, a właściwie w „szafie” (nagrywa wokale we własnej garderobie, stojąc między kurtkami), jest przyjemnością pod warunkiem, że pracują razem. – Praca z Piotrkiem to właściwie odpoczynek – ocenia. – Ale teraz, przy „Zwierzaku” nagromadziła się taka energia, że już myślimy, jakby ją wykorzystać. Może przy kolejnej płycie Kim Nowak – dodaje.
Ta symbioza sprawia, że pewnie rzadko się nawzajem zaskakują. Stale wymieniają się kolejnymi fascynacjami muzycznymi, a każdą wspólną płytę najpierw obmyślają i konsekwentnie trzymają się ustalonej koncepcji. – Ale nie pod kątem tego, żeby się bardziej spodobało – zastrzega Fisz. Dlatego odrzutów mają bardzo niewiele, więc przy reedycjach starszych płyt na bonusy raczej nie ma co liczyć. – Piotrek trzyma te swoje bity, ja niewykorzystane teksty wyrzucam – zapewnia. Jęk zawodu fanów…
Porozumienie bez słów w połączeniu z zawodowym nawijaniem sprawia, że Fisz nie należy do dusz towarzystwa. Po koncertach wycofuje się do hotelu, w przeciwieństwie do Emade, który częściej się integruje. – Bez przesady, nie jestem typem bywalca towarzyskiego, tylko Bartek jest tak introwertyczny, że ja na jego tle wychodzę na rozrywkowego ekstrawertyka – śmieje się.

Znając teksty Fisza, jego bystre obserwacje miałkich zachowań i do bólu banalnych relacji międzyludzkich, trudno się w zasadzie dziwić. Obydwaj zdecydowanie jako największy obciach wymieniają nieautentyczność, pozerstwo, udawanie i parcie na szkło. – Nie lubię lansu w słabych mediach, 
w brzydkich programach telewizyjnych – rzuca Emade. – Nie wiem, kto decyduje, że program o kulturze realizuje się skaczącą kamerą, z prowadzącym o niebieskich włosach, który posługuje się pseudomłodzieżową, skrajnie obciachową mową. Nikt tak nie mówi – uzupełnia Fisz.
Kiedyś integrowali się bardziej ze środowiskiem, które wychowywało się na programach w rodzaju „Yo! MTV Raps”. Dziś nie ma takich programów, muzyczna telewizja przestała zajmować się muzyką, a ton ulicy nadaje inne pokolenie: 
– Pokolenie Facebooka, MySpace’a, muzyki ściąganej do telefonów i iPodów… – Fisz krzywi się. – Nie wiem, czy w ogóle istnieją jeszcze dziś jakieś subkultury.
Ale zarazem wierzą, że przestrzeń kolorowych magazynów, Pudelka, Facebooka i pozerstwa to tylko fragment rzeczywistości. Że równolegle funkcjonuje inny obieg wzruszeń, gdzie ludzie zadają sobie pytania, stawiają czoło wyzwaniom, nie tracą czasu na bełkot. I że w tej drugiej bańce dożyją wieku, kiedy – jak siwiejący dziś ich idole Beastie Boys – wciąż będą autentyczni, a ich słowno-dźwiękowe opowieści nie zdewaluują się do poziomu zbędnej tapety. – Czujemy adrenalinę, bo nie wiadomo, jak będzie za trzy, cztery lata, ale nie myślimy 
o tym – dodaje Fisz. – Chociaż nie wiem, czy to dobrze…
Oby długo „biegli, jakby buty w ogniu mieli”…
1 2 3 4 5 6 7 8 9

MALEMEN MEN

126

WOMEN WE LOVE