
Dwaj panowie tańczą
Jeżdżą po świecie, są uwielbiani, nauczają. Tancerze, ale nie tacy klasyczni, w rajtuzach, jak z Jeziora Łabędziego. Leszek Bzdyl
i Rafał Dziemidok robią nowoczesny teatr tańca. Na mapie kulturalnej Polski to nisza. Ale taka, która wciąga na całe życie. Najzdolniejszym daje na to życie zarobić.
Jeżdżą po świecie, są uwielbiani, nauczają. Tancerze, ale nie tacy klasyczni, w rajtuzach, jak z Jeziora Łabędziego. Leszek Bzdyl
i Rafał Dziemidok robią nowoczesny teatr tańca. Na mapie kulturalnej Polski to nisza. Ale taka, która wciąga na całe życie. Najzdolniejszym daje na to życie zarobić.
Leszek Bzdyl
– tancerz, choreograf, aktor, reżyser, pedagog. Lider jednej z najbardziej cenionych grup artystycznych w Polsce: teatru tańca Dada von Bzdulow, z którym zjeździł świat docierając aż do słynnego, nowojorskiego teatru eksperymentalnego La MaMa Theatre. Uczy tańca w szkole teatralnej w Warszawie, współpracuje z teatrami dramatycznymi jako choreograf i spec od ruchu scenicznego.
M.M: W zasadzie ma pan pięć zawodów w jednym. Uzdolniony od dziecka?
L.B.: Mieszkałem we Wrocławiu. Jako gówniarz, trzynastoletni grubasek intelektualista jeździłem na rowerku, siadałem na ławce niedaleko akademików i czytałem książki. Pewnego ciepłego dnia zobaczyłem, jak otwierają się drzwi, nad którymi był napis: teatr pantomimy gest. Wybiegła grupa kilkunastu chłopaków i dziewczyn w czarnych trykotach, zaczęli jakieś dziwne ruchy. To było dla mnie doświadczenie na pograniczu perwersji, seksualnego zachwytu, odczucia czegoś obcego, tajemniczego i radosnego. Ich fizyczność była uwolniona, chociaż w trykotach. Dla trzynastolatka rozpiętego pomiędzy byciem ministrantem, mszą, walką z demonem, który atakował seksualnością, nagle pojawiło się uwolnione ciało. I tyle.
– tancerz, choreograf, aktor, reżyser, pedagog. Lider jednej z najbardziej cenionych grup artystycznych w Polsce: teatru tańca Dada von Bzdulow, z którym zjeździł świat docierając aż do słynnego, nowojorskiego teatru eksperymentalnego La MaMa Theatre. Uczy tańca w szkole teatralnej w Warszawie, współpracuje z teatrami dramatycznymi jako choreograf i spec od ruchu scenicznego.
M.M: W zasadzie ma pan pięć zawodów w jednym. Uzdolniony od dziecka?
L.B.: Mieszkałem we Wrocławiu. Jako gówniarz, trzynastoletni grubasek intelektualista jeździłem na rowerku, siadałem na ławce niedaleko akademików i czytałem książki. Pewnego ciepłego dnia zobaczyłem, jak otwierają się drzwi, nad którymi był napis: teatr pantomimy gest. Wybiegła grupa kilkunastu chłopaków i dziewczyn w czarnych trykotach, zaczęli jakieś dziwne ruchy. To było dla mnie doświadczenie na pograniczu perwersji, seksualnego zachwytu, odczucia czegoś obcego, tajemniczego i radosnego. Ich fizyczność była uwolniona, chociaż w trykotach. Dla trzynastolatka rozpiętego pomiędzy byciem ministrantem, mszą, walką z demonem, który atakował seksualnością, nagle pojawiło się uwolnione ciało. I tyle.
13






























































