"Bardzo lubiłem Jurka, bardzo – mówi nam Roman Polański. – Cyniczny, dowcipny, świetny improwizator. Jego nie można było nie lubić! Jak zareagowałem na wiadomość o jego samobójstwie? Zatkało mnie!"
Podobnie zareagowali wszyscy, którzy go znali. I słusznie.
– Fantastyczny kolega, o ile wiem, lubili go wszyscy, z którymi on mnie poznał i ci, z którymi ja go zaprzyjaźniłem – Polański przyjaźnił się z Kosińskim już w Łodzi w latach 50. Rozmawiamy, kiedy na lotnisku w Berlinie, gdzie kręci swój nowy film, czeka na samolot
do Paryża. – Warren Beatty wręcz dostał fioła na jego punkcie!
– Podobał się kobietom – pamięta Henryk Grynberg, który Kosińskiego poznał niemal od razu po swoim przyjeździe
do Nowego Jorku jesienią 1967 roku. Urszula Dudziak pamięta,
że przez pierwszy miesiąc w 1988, kiedy niemal codziennie się
z nim widywała, musiała wypić 2 drinki "na odwagę", żeby normalnie z nim rozmawiać. Isabel Bau Madden, pisarka, aktorka, scenograf, którą Kosiński w1991 roku zaprosił na kolację, przez pierwsze dwie godziny bała się choćby napomknąć, że chciałaby coś zamówić.
– Ale z nim nie można się było nudzić. On był "more than life" – mówi.
– O tak, robił wrażenie, oj robił – zawiesza głos Beata Tyszkiewicz, która kilka razy spotkała się z nim w Nowym Jorku.
Hm, może dlatego Janusz Głowacki wolał się przesadnie z nim nie kolegować, trzymać dystans do osoby, za to chłonąć książki.
Na "spotkanie" z Kosińskim próbowałam wysłać kogoś innego.
Ktoś odwołał, ktoś uznał, że nie da rady, ktoś nic nie zrozumiał,
ktoś zachorował. Więc poszłam sama. Mimo wielkiej tremy.
Jak zawsze, kiedy idzie się poznać kogoś, kto fascynuje,
ale i przeraża. O kim się coś słyszało, coś przeczytało, ale nie wiadomo, co myśleć. Kogo nie wiadomo, czy się polubi.
Ale przede wszystkim tremy z tego powodu, że ze spotkania ma wyniknąć pisanie. O pisarzu, o którym napisano setki tekstów, powiedziano – zdawać by się mogło – wszystko. Który doczekał się fascynującej i powalającej (pozorną, jak się zaraz okaże) skrupulatnością biografii pióra Jamesa Parka Sloana.
Co się dziwić, w końcu mowa nie tylko o autorze wielokrotnie nagradzanym za swoje powieści, ale o gwieździe, w sensie: celebrycie. Kimś, kto się pojawia na okładkach kolorowych magazynów, kto ma sesje jak gwiazda Hollywood, udziela wywiadów, komentuje wszystko, bo jest proszony o komentarz
na każdy temat; kto przez niemal 10 lat regularnie pojawia się w najbardziej oglądanym wówczas w USA Johnny Carson Show.
A jednocześnie o kimś, kto przez dwie kadencje jest szefem amerykańskiego PEN Clubu, uchodzi za jednego z najciekawszych pisarzy anglojęzycznych wszechczasów, jest przyjacielem Henry Kissingera, Zbigniewa Brzezińskiego, Romana Polańskiego czy eks Beatlesa Georga Harrisona, Johna Updike'a i Kurta Vonneguta.
Zna wszystkich w Nowym Jorku, jak zapewnia Wojciech Fibak
(który zna wszystkich). O pisarzu, który żył w samym sercu nowojorskiej bohemy wtedy, kiedy skupiała najważniejszych artystów XX wieku jak Andy Warhol na przykład. Zdobywcy brytyjskiego Oscara za ekranizację "Wystarczy być". Pisarza,
który 30 lat po debiucie w Stanach, doczekał się polskiej edycji "Malowanego ptaka", a kiedy przyjechał do Warszawy w 1989 roku, ludzie tłoczyli się od księgarni Czytelnika po Sheraton i był to jedyny taki przypadek w historii nie tylko tego wydawnictwa...
Zamówiłam sobie szklaneczkę cuba libre, ulubionego drinka Kosińskiego, zaczęłam słuchać ostatniego wywiadu, jakiego udzielił swojemu wieloletniemu przyjacielowi, Czesławowi Czaplińskiemu, fotografowi od lat mieszkającemu w Nowym Jorku i... Po paru godzinach słuchania wiedziałam już, że nie chcę się od tego wywinąć. Bo można się zapomnieć, słuchając Jerzego Kosińskiego. Błyskotliwość, precyzja myślenia, poczucie humoru, wielkiej klasy ironia, logika, klarowność, szacunek i do rozmówcy i do tych,
o których mówi. Jego się nie tylko słucha, ale chcąc nie chcąc, podejmuje z nim dialog. Coraz rzadziej zdarza się spotkać kogoś takiego. Kto mówi, pobudzając do myślenia. Nie plotkuje,
ale opowiada historie. Jest tu i teraz a jednocześnie wyprzedza
cię o trzy kroki. Nie zostawia obojętnym, bo na obojętność szkoda czasu. Z kim nie można się doczekać kolejnego spotkania właśnie dlatego, że tak dużo siebie daje. To było świeże, mimo że od śmierci Jerzego Kosińskiego minęło już prawie 20 lat...
Słuchając tych nagrań, zrozumiałam, że chcąc go "spotkać", muszę zapomnieć o wszystkim, co o nim wiem. Co kiedyś czytałam, słyszałam, co się o nim mówiło. Zapomnieć, jaki był wielki, sławny, ekscentryczny. O plotkach, które oblepiały jego życie, a przed którymi nigdy się nie bronił. Że muszę wejść w to od zera.
Fortel z własną pamięcią okazał się tyleż ryzykowny co skuteczny. Co z tego, że Ula Dudziak wielokrotnie w wywiadach mówiła
o swoim związku z Kosińskim? W tych tekstach nie mogłam zobaczyć, kiedy zawiesza głos, kiedy nie chce mówić, kiedy oczy jej się śmieją, a kiedy kręcą się w nich łzy; ani że Jerzy K. nie zamienił się dla niej w "jednego z byłych", zbiór anegdot doskonale oswojonych i ubranych w zabawne zdania wprost do kolorowych magazynów. Wiem, że nie kłamie, kiedy bez chwili zastanowienia na pytanie: Ula, kim on był dla ciebie? odpowiada: "Wszystkim", i patrzy nagle spojrzeniem młodziutkiej dziewczyny, głos jej się łamie, ale... zaraz znów jest opanowaną, uśmiechniętą Urszulą Dudziak. Ciekawe co on by odpowiedział, gdybym go zapytała: Jerzy, kim jest dla Ciebie Ula? A przede wszystkim: dlaczego ona?
Nigdy też nie dowiedziałabym się, że James Park Sloan, autor biografii tak drobiazgowej, że zdawać by się mogło szpilki nie wciśniesz, otóż że dopuścił się nadużycia.
tekst Joanna Rachoń
Cały tekst w 3. numerze magazynu MaleMEN.