Zapisz się do newslettera:




HOME / ISSUE 3 / Mężczyźni - Bogdan Wenta

MALEMEN MEN

ISSUE

Bogdan Wenta
Twardziel z poczuciem humoru
Zobacz także:
Bogdan Wenta
W wiosennym wydaniu Malemen najbardziej charyzmatyczny polski trener Bogdan Wenta od najbardziej zaskakującej strony. "Dzięki żonie mam to, co w życiu najważniejsze: miłość i wolność – mówi. – Resztę można zdobyć."
tekst Grzegorz Kapla
ZDJECIA: Maria Przybysz dla MALEMEN
Od pierwszego uścisku ręki wiesz, że Bogdan Wenta jest inny.
Inny niż inni bohaterowie mediów. Że jest cudownie normalny, choć nie można powiedzieć, że zwyczajny.
Ma ten rodzaj poczucia humoru, który pozwala mu śmiać się z samego siebie. A pod chłopięcym uśmiechem, który zdejmuje mu
z krzyża jakieś 15 lat, kryje wielką siłę. Taką jak tygrys, który nie kąsa cię nie dlatego, że nie może, ale dlatego, że nie chce.

Potrafi ostudzić emocje. I rozpalić też potrafi. W każdym meczu przy bocznej linii gra całym sobą: gestykuluje, krzyczy, chwyta się za głowę, skacze. Nieraz ma za to żółtą kartkę. Jakby chciał samą tylko siłą woli zmienić kierunek piłki tam, na boisku, gdzie własnej dłoni przyłożyć już nie może. Za to może dodać skrzydeł. A bez nich Sławomir Szmal, nasz bramkarz, nie ma szans. Bo piłka ręczna niewiele ma w sobie elegancji tańca na lodzie. To sport potwornej, pierwotnej siły, choć dopiero na zwolnionych zdjęciach widać jak piłka, trafiwszy w słupek, rozpłaszcza się na nim, jakby była zwykłym balonem. I jak się ten słupek wygina.

Pierwsze lata treningów były dla niego samym bólem. Za lekki był. Za wysoki. W ciągu trzech miesięcy urósł o 11 cm. Bolały kości, mięśnie nie nadążały. Z treningów schodził obity jak Gołota po spotkaniu z Hollyfieldem. – W życiu, Wentyl, Kaszebie, twardym trzeba być – „Profesor” Leon Wallerand, pierwszy trener, klepał go wtedy po plecach – Dasz radę.

Zrobiło się o nich głośno przed czterema laty, kiedy Wenta zapomnianą już na europejskich stadionach drużynę szczypiornistów znad Wisły powiózł na mistrzostwa Europy.
Nikt nie wierzył, że Polacy jeszcze coś potrafią: nieznana drużyna, trener bez doświadczenia. Prezes zadzwonił i obiecał, że załatwi jakąś, premię, jak uda im się wyjść z grupy. – A co,
jeśli się uda?
– Niech pan nie żartuje, trenerze. Nikt nie oczekuje cudów.
A jednak wygrali z Ukrainą i Słowenią. W drugiej rundzie było gorzej. Porażka za porażką, potraktował to jak zbieranie doświadczeń.
– Do porażek trzeba podchodzić z pokorą – powtarzał. – I cierpliwie dalej pracować.
Pokora to najważniejsza lekcja, jaką wyniósł z czasów,
gdy trenował z Wallerandem w gdańskim Wybrzeżu. Trenował, choć wcale nie miał być szczypiornistą. Miał być Deyną. Albo śpiewać w chórze. – Dla chłopaka ze Szpęgawska (maluśka kaszubska wieś koło Swarożyna) wyjazd do sławnego Conradinum, gdańskiego Technikum Budowy Okrętów, to było coś jak wyjazd do Ameryki. Uczyłem się pięć lat, jak projektować kadłuby. Po to, żeby grać u Walleranda, on był łowcą talentów.
A potem z kolegą Richterem zrobiliśmy pracę dyplomową
o konstrukcji nadbudówki kontenerowca.

Ale Wenta nie został stoczniowcem. Kiedy pisał maturę, miał
w kieszeni powołanie do reprezentacji narodowej. I choć marzył,
jak każdy Kaszub, żeby być Kazimierzem Deyną, była to reprezentacja szczypiornistów.
– Wallerand nie zostawił mu wyboru. Może we wszechświecie rządził Pan Bóg, w PRL-u jedynie słuszna partia, ale w Conradinum rządził on. „Profesor”. Leon Wallerand wypatrzył go na zawodach
w Tczewie, kiedy jako ósmoklasista trenował bieganie. I to był jego pomysł z tym Conradinum.

Z mistrzostw Europy w 2006 roku reprezentacja Wenty wróciła
z dziesiątą lokatą. Minął rok. – Pojechaliśmy na mistrzostwa świata.
I dokopaliśmy wszystkim oprócz Niemców – Bogdan Wenta, charyzmatyczny trener, sięga do kieszeni, rozgląda się niepewnie. Iwony nie widać – może zapalić.
Ona: smukła, wysportowana, seksowna. Kiedyś mistrzyni Polski
w gimnastyce sportowej, teraz prawdziwa bizneswoman
w najbardziej kobiecej dziedzinie gospodarki: fitness. Są razem
od pierwszego spojrzenia. Pierwszego, w czasach gdy oboje nic jeszcze nie wiedzieli o świecie, a w całym Gdańsku była tylko jedna prawdziwa cukiernia – ta obok kina Leningrad. Gdyby go zobaczyła z papierosem, „dostałby w pałę”. Zaciąga się.

Awans olimpijski wywalczyli już jako wicemistrzowie świata. Już się trzeba było liczyć z drużyną. Apetyty były duże. Na medal. – Medalu nie przywieźliśmy – wypuszcza dym. – Ale czy to jest najważniejsze? Przecież o wynikach i tak się kiedyś zapomni.
O tym, że walczyliśmy do ostatniej sekundy, zawsze będą pamiętać. Czasem nie można wygrać. Ale nigdy nie wolno się poddawać.
Miliony Polaków urywały się z pracy, żeby zobaczyć, jak walczą. Wenta od wtedy zaczął być u nas gwiazdą. Ale woda sodowa
do głowy mu nie uderzyła. Przecież to nie pierwszy raz. Przecież jego portret już wisiał w galerii sławy w muzeum największego klubu sportowego świata – Barcelony. Jako jedynego Polaka.
Bywał na lunchach z królami i prezydentami. Mądry jest. Ma siłę.
– Siła ważna jest w życiu. Dają ci ją porażki. Ale tylko te porażki,
po których potrafiłeś stanąć na nogi – uśmiecha się tym uśmiechem nastolatka, co potrafi kobiety wstrzymać w pół kroku.
– Już czytałem o sobie, że jestem najlepszym piłkarzem świata.
A następnego dnia w innej gazecie, że jestem za stary, żeby mnie brać do drużyny. Znam swoje miejsce. Wiem, e jestem tu, żeby wygrać. I że jestem tu dla tych ludzi, co siedzą na trybunach.

Cały tekst w 3. numerze magazynu MaleMEN.
1 2

MALEMEN MEN

16

WOMEN WE LOVE