
W wiosennym wydaniu Malemen najbardziej charyzmatyczny polski trener Bogdan Wenta od najbardziej zaskakującej strony. "Dzięki żonie mam to, co w życiu najważniejsze: miłość i wolność – mówi. – Resztę można zdobyć."
tekst Grzegorz Kapla
ZDJECIA: Maria Przybysz dla MALEMEN
tekst Grzegorz Kapla
ZDJECIA: Maria Przybysz dla MALEMEN
Od pierwszego uścisku ręki wiesz, że Bogdan Wenta jest inny.
Inny niż inni bohaterowie mediów. Że jest cudownie normalny, choć nie można powiedzieć, że zwyczajny.
Ma ten rodzaj poczucia humoru, który pozwala mu śmiać się z samego siebie. A pod chłopięcym uśmiechem, który zdejmuje mu
z krzyża jakieś 15 lat, kryje wielką siłę. Taką jak tygrys, który nie kąsa cię nie dlatego, że nie może, ale dlatego, że nie chce.
Potrafi ostudzić emocje. I rozpalić też potrafi. W każdym meczu przy bocznej linii gra całym sobą: gestykuluje, krzyczy, chwyta się za głowę, skacze. Nieraz ma za to żółtą kartkę. Jakby chciał samą tylko siłą woli zmienić kierunek piłki tam, na boisku, gdzie własnej dłoni przyłożyć już nie może. Za to może dodać skrzydeł. A bez nich Sławomir Szmal, nasz bramkarz, nie ma szans. Bo piłka ręczna niewiele ma w sobie elegancji tańca na lodzie. To sport potwornej, pierwotnej siły, choć dopiero na zwolnionych zdjęciach widać jak piłka, trafiwszy w słupek, rozpłaszcza się na nim, jakby była zwykłym balonem. I jak się ten słupek wygina.
Pierwsze lata treningów były dla niego samym bólem. Za lekki był. Za wysoki. W ciągu trzech miesięcy urósł o 11 cm. Bolały kości, mięśnie nie nadążały. Z treningów schodził obity jak Gołota po spotkaniu z Hollyfieldem. – W życiu, Wentyl, Kaszebie, twardym trzeba być – „Profesor” Leon Wallerand, pierwszy trener, klepał go wtedy po plecach – Dasz radę.
Zrobiło się o nich głośno przed czterema laty, kiedy Wenta zapomnianą już na europejskich stadionach drużynę szczypiornistów znad Wisły powiózł na mistrzostwa Europy.
Nikt nie wierzył, że Polacy jeszcze coś potrafią: nieznana drużyna, trener bez doświadczenia. Prezes zadzwonił i obiecał, że załatwi jakąś, premię, jak uda im się wyjść z grupy. – A co,
jeśli się uda?
– Niech pan nie żartuje, trenerze. Nikt nie oczekuje cudów.
A jednak wygrali z Ukrainą i Słowenią. W drugiej rundzie było gorzej. Porażka za porażką, potraktował to jak zbieranie doświadczeń.
– Do porażek trzeba podchodzić z pokorą – powtarzał. – I cierpliwie dalej pracować.
Inny niż inni bohaterowie mediów. Że jest cudownie normalny, choć nie można powiedzieć, że zwyczajny.
Ma ten rodzaj poczucia humoru, który pozwala mu śmiać się z samego siebie. A pod chłopięcym uśmiechem, który zdejmuje mu
z krzyża jakieś 15 lat, kryje wielką siłę. Taką jak tygrys, który nie kąsa cię nie dlatego, że nie może, ale dlatego, że nie chce.
Potrafi ostudzić emocje. I rozpalić też potrafi. W każdym meczu przy bocznej linii gra całym sobą: gestykuluje, krzyczy, chwyta się za głowę, skacze. Nieraz ma za to żółtą kartkę. Jakby chciał samą tylko siłą woli zmienić kierunek piłki tam, na boisku, gdzie własnej dłoni przyłożyć już nie może. Za to może dodać skrzydeł. A bez nich Sławomir Szmal, nasz bramkarz, nie ma szans. Bo piłka ręczna niewiele ma w sobie elegancji tańca na lodzie. To sport potwornej, pierwotnej siły, choć dopiero na zwolnionych zdjęciach widać jak piłka, trafiwszy w słupek, rozpłaszcza się na nim, jakby była zwykłym balonem. I jak się ten słupek wygina.
Pierwsze lata treningów były dla niego samym bólem. Za lekki był. Za wysoki. W ciągu trzech miesięcy urósł o 11 cm. Bolały kości, mięśnie nie nadążały. Z treningów schodził obity jak Gołota po spotkaniu z Hollyfieldem. – W życiu, Wentyl, Kaszebie, twardym trzeba być – „Profesor” Leon Wallerand, pierwszy trener, klepał go wtedy po plecach – Dasz radę.
Zrobiło się o nich głośno przed czterema laty, kiedy Wenta zapomnianą już na europejskich stadionach drużynę szczypiornistów znad Wisły powiózł na mistrzostwa Europy.
Nikt nie wierzył, że Polacy jeszcze coś potrafią: nieznana drużyna, trener bez doświadczenia. Prezes zadzwonił i obiecał, że załatwi jakąś, premię, jak uda im się wyjść z grupy. – A co,
jeśli się uda?
– Niech pan nie żartuje, trenerze. Nikt nie oczekuje cudów.
A jednak wygrali z Ukrainą i Słowenią. W drugiej rundzie było gorzej. Porażka za porażką, potraktował to jak zbieranie doświadczeń.
– Do porażek trzeba podchodzić z pokorą – powtarzał. – I cierpliwie dalej pracować.
16
































































