
W walce musisz unicestwić własne ja... A przecież umierając dla siebie, rodzisz się dla innych. Nie na tym polega pełnia życia? – pyta Marek Piotrowski, dziewięciokrotny mistrz świata w kick boxingu. Mistrzem jest nadal, choć nie w ringu toczy dziś swoją walkę.
O jego życiu niejeden reżyser chciałby zrobić film. Fabularny, kasowy, z gwiazdorską obsadą. Bo jego historia to kinowy samograj. Tyle że Marek Piotrowski nie chce fabuły o sobie. Jego życie jest zbyt rozpędzone, by już przyszpilić je dialogami. Każde „The End”, jakim musiałaby się skończyć projekcja, to dla niego za mało. On chce mieć „Happy End” w finałowym ujęciu. Niezmyślony, prawdziwy. Nawet jeśli nikt poza nim nie miałby o tym wiedzieć. Za dużo dzieje się u niego teraz, a to, co było, zostało już opisane w książkach, artykułach, sfilmowane w głośnym dokumencie Jacka Bławuta „Wojownik”. Dziewięciokrotny mistrz świata w kick-boxingu siedem lat temu postanowił wrócić z USA do Polski. Nie walczył w ringu od 1996 roku – siadło mu zdrowie. Ale został w Stanach, bo tam mieszka jego syn. To znaczy myślał, że syn. Ale jadąc na jego siódme urodziny w czerwcu 2001 roku, usłyszał od matki chłopca: „To nie jest twoje dziecko”. Nie wierzył. Kochał tego małego. Zażądał badań DNA. Potwierdziły wersję matki. Serce mu wtedy pękło. W lutym 2002 roku wylądował na Okęciu. Dziś trenuje chłopaków i trochę starszych chłopaków (tych po czter-dziestce) w klubie, który sam założył i sam prowadzi.
Więcej czytaj w 4. numerze MaleMEN
tekst Joanna Rachoń
zdjęcia Andrzej Koziar
Więcej czytaj w 4. numerze MaleMEN
tekst Joanna Rachoń
zdjęcia Andrzej Koziar
17






































































