Po trupach. Bezczelnie. Oszukując, kradnąc, kłamiąc. Tak robi karierę niejaki Kamil. Student. Tani spryciarz, który w realiach późnego PRL-u podaje się za pisarza. Kamil w najnowszym filmie Janusza Morgensterna „Mniejsze zło” ma twarz Lesława Żurka i za wszelką cenę chce być celebrytą, chociaż w roku 1980 takiego słowa nikt jeszcze nie używa. Jednak ówczesne mechanizmy kariery jakby znajome. Nie zawsze czyste. Przeważnie utytłane błotem. Często przypadkowe.
Kamila wymyślił Janusz Anderman. Film na podstawie jego książki „Cały czas” z pewnością będzie jednym z ważniejszych na najbliższym festiwalu w Gdyni. Na planie Morgenstern zgromadził tuzów. Gra Gajos, Pszoniak, Kolberger. Piękne i nieplastikowe: Cielecka, Arciuch, Olszówka. Popularny Szyc. No i Żurek. Facet, który wydaje się być antytezą swojego bohatera.
„Kiedy czytałem scenariusz, Kamil strasznie mnie drażnił” mówi Leszek Żurek. „To jest karierowicz i to nie jest fajne. Ale w trakcie zdjęć zacząłem go rozumieć. Zachowywał się logicznie. Często nie fair, ale można to było uzasadnić. I trzeba przyznać, że zawsze wybierał mniejsze zło”.
To mniejsze zło polegało na przykład na tym, że opublikował pod swoim nazwiskiem książkę, której nie napisał. Prawdziwym autorem był, grany przez Pszoniaka, pacjent ze szpitala psychiatrycznego, gdzie Kamil schronił się jako rzekomy opozycjonista. Pacjent popełnia samobójstwo, ale wcześniej zdradza Kamilowi, gdzie ukrył tekst. Ten przepisuje go na maszynie i jako swój puszcza w świat. Książka staje się hitem drugiego obiegu. Kamil spija śmietankę, chodzi w nimbie literata i konsumuje dowody uwielbienia ze strony kobiet. W dodatku nieźle prosperuje finansowo. Wyrzuty sumienia? Zabite bez mrugnięcia okiem: gdyby nie ja, ten tekst w ogóle nie ujrzałby światła dziennego. A kiedy, jako uznanego twórcę, proszą go o napisanie słuchowiska, kradnie przykurzony manuskrypt ze zbiorów redaktorki radia. Prawdziwy autor nie dowie się, wyemigrował do Australii. Kamil udostępnia społeczeństwu, coś i tak skazane było na zapomnienie. A teraz wszyscy się dziełem zachwycają. I co, czy nie jest to mniejsze zło?
Leszek Żurek nie musiał niczego wykradać, ani udawać. Karierę robi od niechcenia. Jak na aktora, który zaledwie cztery lata temu wyszedł ze szkoły, ma już opasłe porftolio. Zaczęło się od Kena Loacha, który zaprosił go na plan „Polaka potrzebnego od zaraz”. Rola pierwszoplanowa. Potem zagrał w nagrodzonej Złotymi Lwami „Małej Moskwie” Krzystka. Tak zwana szersza publiczność zna go jako Andrzeja z „Londyńczyków”. Miał zagrać u Wajdy w „Tataraku”. Nie zagrał, bo zmienił się scenariusz, ale dobre wrażenie zostało. W kolejce do pokazania czekają kolejne filmy, m.in. komedia romantyczna „Randka w ciemno” Wójcika ze scenariuszem Łepkowskiej. Kto choć trochę umie wąchać to, co dzieje się na rynku, widzi, że Żurek ostro idzie w górę.
Bankiet jak casting
Kariera a la Kamil, za wszelką cenę? Dla Leszka to pojęcie z kosmosu. „Krzywda, którą można wyrządzić innemu człowiekowi jest jasną i nieprzekraczalną granicą, w pracy i w życiu w ogóle – mówi trochę górnolotnie, za to bez wahania. „Dopóki nie krzywdzisz, rób, co chcesz. Cel nie uświęca środków. Oczywiście, nie wolno siedzieć w kącie. Nie wolno dać o sobie zapomnieć. Paul Newman powiedział kiedyś w programie „Za drzwiami studia aktorskiego”, że wygrywają ci najbardziej wytrwali, a nie ci najzdolniejsi’, cytuje Leszek. Ale między medialnym niebytem a podlizywaniem się producentom na bankietach czy podkładaniem świń kolegom w teatrze jest cała masa normalnych zachowań. Żurek widział już, jak kolega aktor spił innego, żeby wystąpić jako dubler („bez komentarza”), a na bankietach stara się nie bywać. Szczególnie tych w środowisku filmowym. „Wiadomo, o co chodzi. Reżyserzy obserwują aktorów. Aktorzy mają świadomość bycia obserwowanymi. Miotają się: poznałem reżysera, dyrektora teatru, producenta – może mnie weźmie. Nie lubię tego, od razu jestem na przegranej pozycji. Wolę pojawić się na zdjęciach próbnych i tam pokazać, co potrafię.”
Podejście biznesowe. Nie bankietowo-koteryjne. Zamiast podlizywanek przy wódeczce, realny sprawdzian przed kamerą. W czasach, kiedy aktorzy często mówią, że nie znoszą zdjęć próbnych i szkoda im na to czasu, strategia Żurka może okazać się successful.
Tylko, czy tu jest jakaś strategia?
„Może kolejne propozycje to konsekwencja tego, że Loach mnie obsadził, zastanawia się Leszek. „Bo wątpię, że fenomen Żurka polega na talencie. Bez przesady.” Jeśli nawet jest w tym jakaś kokieteria, to jej nie widać.
„Staram się być skromny, to lepiej wypada w gazetach, uśmiecha się pod nosem Leszek. Rzeczywiście, zachowuje się skromnie. Mówi powściągliwe, bez zbędnych kwiecistości i ozdobników. Jest konkretny i bardzo zdystansowany do showbiznesu.
Nie da się nie pomyśleć: no tak, przecież to były-niedoszły ekonomista.
Nie tylko PWST
Trzy lata tej ekonomii zrobił. Rzucił ją, bo rzuciła go dziewczyna. Dla aktora. Leszek zdał do krakowskiej szkoły teatralnej, bo chciał pokazać, że komediantem można z palcem w nosie. Ta historia powtarza się we wszystkich wywiadach z nim publikowanych przez pisma kobiece. Atrakcyjna dla czytelniczek, bo pokazuje, że „my rządzim światem, a nami kobiety”. Ale gdyby to była tylko pokazówka, Leszek nie skończyłby tych studiów. Urażona męska ambicja nie popychałaby go przez pięć lat. Tym bardziej, że na początku wcale mu się nie spodobało.
„Przez pierwszy rok miałem takie podejście do wykładowców: udowodnijcie, że warto tu być. Spotkania z kilkoma pedagogami były komiczne. Jakoś nie mogłem uwierzyć w siłę ich autorytetu. Ani w umiejętności pedagogiczne. Kiedy się ma styczność z 70-letnimi profesorami ekonomii urodzonymi we Lwowie, którzy umieją rozmawiać z każdym i wchodząc do sali wnoszą jednocześnie swój autorytet, to potem inaczej się patrzy na nauczycieli w szkole artystycznej” opowiada.
A jednak mimo tego dystansu zakochał się w zawodzie. I w innej kobiecie. Też jest aktorką. Dziś jego żoną i mamą ich czteroletniej Zuzi. Nie ma tego złego....
A z ekonomii zostało mu szybkie liczenie w pamięci. „W sklepie już przed kasjerką wiem, ile zapłacę. Żona mi uświadomiła. Ja sądziłem, że to normalne”. To anegdota, ale na poważnie Leszek cieszy się, że jest nie tylko po aktorstwie. Że studiował na - jak to nazywa – normalnej uczelni. „Studia akademickie uczą myślenia. Trzeba przetwarzać informacje, wyciągać wnioski. Teksty naukowe, nad którymi trzeba się pochylać, analizować – to wszystko rozwija. A studia aktorskie to nauka zawodu. Bardziej obserwacje i emocje niż praca szarych komórek. Dzięki temu, że studiowałem ekonomię, czuję się mądrzejszy” podsumowuje. I może to jest jeden z kluczy do jego kariery od niechcenia, której niejeden mu zazdrości.
Szlachetne świnie kontra ci gorsi
Kamilowi z filmu też wszyscy zazdroszczą. Nie wiedzą o jego szachrajstwach. O tym, że udaje kogoś innego. W tamtej epoce pozycja literata, w dodatku otoczonego aureolą opozycjonisty, cholernie nobilitowała. Dziś najlepiej być kimś znanym z telewizora. Piosenkarzem tańczącym, tancerzem śpiewającym, prezenterem geszefciarzem, a najlepiej aktorem z serialu. Czy Leszka rajcuje popularność? „Ona jest potrzebna, żeby ktoś cię zaprosił do kolejnego projektu. I w tym sensie mi odpowiada. Za to popularność tak zwana uliczna jest fajna może przez tydzień. Zresztą mnie jeszcze nie dotyczy. Jeszcze tak nie mam, że jestem rozpoznawany.”
Mówi to facet, o którym na forach internetowych i w kolorowej prasie pisuje się, że jest nowym Małaszyńskim, nowym Żebrowskim czy wreszcie - jako nominowany do nagrody Zbyszka Cybulskiego - nowym Cybulskim. „Wielu aktorów porównuje się do Cybulskiego. On stał się ikoną, przyznaje Żurek. „Ale z tą nagrodą, to mam wrażenie, że wszystko jest względne. Równie dobrze mogłaby istnieć nagroda Wilhelmiego. To też był wspaniały aktor. Jeśli chodzi o współczesnych aktorów - nie mam problemu z porównaniami. Patrzę na nie jak obserwator. Za to nienawidzę, gdy porównuje się polskich aktorów i reżyserów do amerykańskich. Nienawidzę tego kompleksu. Polska wersja, czyli nie najlepsza. Coś jak fiat 125 p.”
„W zawodzie ciekawi mnie to, że sytuacja zmienia się z dnia na dzień. Gra się u tego, a nie innego - i od razu jest się inaczej postrzeganym. Działa snobizm, że film - tak, teatr - tak, a serial - to już nie. Sporo jest ludzi, którzy tak klasyfikują, krzywi się Leszek.
” Może to pozostałość z zamierzchłej epoki, kiedy towarzystwo się artystowsko integrowało po różnych spatifach? Ale chyba tylko aktorzy się tym zajmują. Dla widzów nie ma to większego znaczenia. Czasy się zmieniły, mamy polski agresywny kapitalizm. I nie można nikogo potępiać, że gra tam, gdzie gra. Bo może ma inne priorytety. Bo ma rodzinę. Bo tak się złożyło. Ale niektórzy po prostu lubią czuć się lepsi. Nie wiem, pewnie tak samo jest u lekarzy czy w innych środowiskach” - zamyśla się. Zresztą: „w Polsce mały jest ten światek. W Stanach to wygląda całkiem inaczej. Tam jest dużo brudnych rzeczy. U nas mniejsze, więc siłą rzeczy bardziej czyste”.
Lesław Żurek ma w cv współpracę z wielkimi, ale ma też epizodziki w „Magdzie M” czy „Kryminalnych”, „Na dobre i na złe”, „Ekipie”. Może dlatego jest zwolennikiem aktorskiej demokracji.
„W gronie tych tak zwanych szlachetnych spotkałem sporo świń, z którymi nie mogłem rozmawiać, bo mieli dziwne podejście do życia. A z kolei wśród tych niby gorszych – wiele ciekawych postaci, które miały do powiedzenia coś mądrego”.
Bez nadęcia i bufetowych dyskusji
Nie lubi dzielenia ludzi. Nie lubi zakulisowych komentarzy, paplania i międlenia. „Odcinam się, bo to mi zabiera energię. Nauczyłem się w nie nie wchodzić. Wcześniej, siłą rzeczy skazywałem się na te bufetowe dyskusje. Z teatru zrezygnowałem między innymi z tego powodu. Teraz już nie muszę. I czuję się czystszy”. Czy dlatego w teatrze czuł się jak starzec? „Teatry zespołowe są jakieś takie śpiące. Wszyscy mają wszystko podane na tacy, tym ludziom się nie chce. Nieważne, czy w tym spektaklu zagram, czy w tamtym. Czy teraz czy za rok. Ciepły etacik jest jak emerytura”.
Żurek grał przez 2 lata w Teatrze Słowackiego w Krakowie. Ale sam przyznaje, że „nieszczęściem w szczęściu” i czymś, co bardzo określiło jego stosunek do aktorstwa, była przygoda u Loacha. To, że na samym początku drogi zagrał w angielskim filmie, gdzie czuło się całkiem inne podejście do pracy.
„Tam nie było etatowych aktorów, którzy musieli biec na spektakl. Tylko ludzie całkowicie oddani projektowi. Po szkołach teatralnych, ale pracujący w różnych zawodach. Główna bohaterka, po szkole Lee Strasberga, była stenotypistką w sądzie - na czas filmu wzięła urlop. Inny aktor pracował jako informatyk. Facet od spraw technicznych na co dzień skręca śrubki w jakimś warsztacie. I od czasu do czasu odrywa się do wielkiej przygody. Nie było nadęcia, było za to spotkanie zdrowo myślących ludzi, którzy chcą o czymś opowiedzieć”, mówi i jasno widać, że to kolejne zdanie-klucz, które wyjaśnia jego podejście do kariery.
” U Loacha zawsze jest stała ekipa techniczno-produkcyjna. On jest dla nich guru, autorytetem. Ale to przede wszystkim dobry człowiek. Zresztą z Morgensternem jest podobnie, przyznaje Żurek.” Już po pierwszym spotkaniu wiedziałem, że będziemy się dobrze rozumieć. On ma dar rozmowy z ludźmi w każdym wieku. Ma energię, którą zaraża. Człowiek przy nim rozkwita. Spędziłem na planie „Mniejszego zła” 40 dni i każdego dnia cieszyłem się na spotkanie. Nadawaliśmy na podobnych falach. Siła autorytetu: kiedy pan Janusz wchodził na plan, nie słychać było przekleństw. Rzadko tak bywa, kwituje Leszek.
Moralnie normalnie
Na planie ojcem Leszka-Kamila był Janusz Gajos. Jakim? „Byłem ciekaw jego pracy, jak się koncentruje przed zdjęciami, czego żąda od operatora, wspomina Leszek. „Zwróciłem uwagę na skupienie na roli. Wyłączenie się na bodźce z zewnątrz. Bardzo profesjonalne. Czym starszy aktor, tym łatwiej mu to przychodzi. Dla mnie rzecz zjawiskowa wręcz. Panowie Gajos, Pszoniak, Olbrychski, Kolberger to dobrzy współpracownicy. Niedestrukcyjni. Nie zajmowali się pierdołami” mówi z szacunkiem.
Kamil w „Mniejszym złu” nie ma żadnych skrupułów, między innymi dlatego, że obserwując własnego ojca wydedukował, że najszybciej pną się w górę cwaniacy i że w bagnistych realiach PRL-u takim jest najłatwiej. Otrzeźwienie przychodzi dopiero na stypie po śmierci ojca, kiedy Kamil dowiaduje się nieciekawych detali z jego kariery. Umiera też matka, zaczyna się stan wojenny. Te wszystkie wydarzenia sprawiają, że bohater przechodzi katharsis. Mocno przeżywa wizytę w posierpniowym Gdańsku. Spotyka matkę zastrzelonego w 1970 stoczniowca. Bierze udział w manifestacji 11 listopada. Jakiś czas spędza w więzieniu, skąd wychodzi jako inny człowiek. Relatywizm moralny, przekazany przez rodziców, ustępuje miejsca własnym doświadczeniom i przemyśleniom.
Dla Żurka rodzice są referencją numer 1, największym autorytetem. „W ważnych, przełomowych sprawach ich opinia jest dla mnie najważniejsza. Mądrych mam rodziców, przyznaje nie bez dumy . „Moralnie są dla mnie bazą. Wiem, że jeśli przegnę, to mi powiedzą”. Jakim on jest rodzicem? Czy praca nie zabiera go rodzinie? „Balansuję odpowiednio. Poza tym wbrew pozorom nie mam nawału pracy. Wszystko normalnie jest. Wiadomo, że jak wyjeżdżam z domu, to mnie nie ma. Ale aktorstwo ma też zalety. Jak grasz spektakle wieczorem, to cały dzień masz dla rodziny”.
Dla Leszka ważny jest też brat i – oczywiście – żona („jesteśmy dobrymi kumplami”). Na pytanie, czy rozmawia z nimi o dylematach moralnych, odpowiada rozbrajająco: „Ja jeszcze nie miałem dylematów moralnych”.
Ej, chłopcze, szanujmy się
Jeszcze nie miał. No tak, w sumie ma dopiero 30 lat. W filmie mógł zagrać studenta, bo wygląda jakby ktoś podmienił mu metryki. To też jest aspekt Żurka-aktora, o którym nie wolno zapominać. „Zawsze wyglądałem młodziej i były momenty, że mnie to drażniło. Koledzy w szkole traktowali mnie jak brzdąca. I czasem musiałem któremuś powiedzieć: ej, chłopcze, szanujmy się. Także w sumie z okazji tej trzydziestki, to mógłbym już mieć zmarszczki na twarzy” rozmarza się Leszek. Nie jest tak źle, widać już bruzdy nosowo-wargowe, a poza tym młodzieńczy look za 20 lat może być niezłym atutem. „Za 20 lat to już mogę nie mieć twarzy, śmieje się Leszek. „Wpadnę w alkoholizm, bo to popularne wśród aktorów. I będę miał tylko tę głębię w oczach. Głębię pustej flaszki. Jest już paru takich...”
Najważniejszym atutem jego twarzy wydaje się być jednak spojrzenie. Niewinne, czyste. Prawe. „Może faktycznie w polskim kinie występował brak tak zwanego prawego spojrzenia, przyznaje Leszek. „Do tej pory bohater zazwyczaj był cwaniakiem, lawirantem. Ja tego staram się nie mieć. Ale wygląd - co to ma za wartość? Takie pierdoły - oczy, uszy, włosy. Chyba by się zaczęło źle dziać, gdyby zaczął wierzyć, że mam filmowy nos, kwituje. A wiek? „Mój wujek, jak skończył 60-tkę, to powiedział: już jestem w takim wieku, że mogę przechodzić na czerwonym świetle. Ja czuję się, że mogę przechodzić na żółtym.
Aktorstwo nie jest żadną karierą
Żurek mógłby nie tyle przechodzić na żółtym, co chodzić w glorii, że 30 lat, a już tyle w cv. „Ale ja jeszcze nie zrobiłem czegoś takiego, ze mógłbym się rozsiąść i powiedzieć: już” protestuje. Poza tym wie, że aktorstwo nigdy nie zrealizuje go w pełni. Nie jest dla niego żadną karierą.
Kariera w ogóle nie pasuje do jego podejścia do zawodu, chociaż rozumie, że niektórzy mogą to tak postrzegać. Zresztą, kiedy przyszła propozycja od Kena Loacha, był na takim etapie, że zastanawiał się, czy w ogóle się tym zajmować. Właśnie urodziła się córka. Trzeba było myśleć o utrzymaniu rodziny. Zachwyt z gry połączony był z traumą. I w sumie to się niwelowało.
„Może dlatego mam poczucie ulotności. Za chwilę może nic nie być, a może być też lepiej niż teraz. Grając w filmie mam poczucie, że uczestniczyłem w historii, która być może coś zmieniła w czyimś życiu. Nic więcej”
„Marzę o tym, żeby NIE MUSIEĆ wykonywać zawodu. Grać tylko wtedy, gdy to sprawia przyjemność. Zabieganie o pracę w sytuacji przymusowej tworzy agresję. Niezdrowe ambicje. A mi na życie taka agresja nie odpowiada. Ja nie po studiowałem, mówi z przekonaniem Leszek. To facet, który niewątpliwie jest sobą. Przypomina się pyszna opowieść z któregoś z wywiadów. Że Ken Loach zaraz na początku zdjęć powiedział Żurkowi – bądź sobą. Co to znaczy?
„Ha, to by było krzepiące, że sam Loach, reżyser światowej klasy powiedział mi, że jestem taki fajny, że po prostu mam być sobą. Ale tu nie chodziło o życie, tylko o rolę. Żebym niczego nie kreował. Moje pomysły – a może tak, a może siak - ukrócił tym jednym zdaniem: bądź sobą.
A w życiu? Loach powiedział kiedyś, że to nie człowiek jest zły, tylko system jest zły. Każdy z nas żyje w jakimś systemie. Na scenie czy na planie czasem trudno być sobą. Ja już i tak trochę ogorzałem, mam grubszą skórę, jeśli chodzi o te sprawy. Nie wchłaniam ale odbijam piłeczkę. To zaleta dojrzewania, czy też starzenia się. Jednak jak coś jest wbrew mnie, to zadaję sobie pytanie, czy warto, czy to jest moje miejsce. Czy nie powinien być leśnikiem...”
I zagrać w „Leśnikach” zamiast w „Londyńczykach”?
Piękniś-kretyn w komercyjnym klocku
Leszek chce być aktorem. Co do tego nie ma wątpliwości. Ale na pytanie, czy zagrałby dla pieniędzy w beznadziejnym filmie , mówi: „Odmówiłbym, gdyby nie było fajnej ekipy i miałbym zagrać w komercyjnym klocku pięknisia-kretyna, który chodzi po chodniku w tę i z powrotem. Nie wiadomo o co mu chodzi, prawdopodobnie kogoś kocha i prawdopodobnie ktoś jego kocha... Wolałbym wtedy robić coś innego Problem tylko, co? Chciałbym naprawiać samochody, ale kompletnie się na tym nie znam.
Leśnik, mechanik, niedoszły finansista...Co naprawdę kręci Żurka, faceta, który robi karierę od niechcenia?
„Podróże. Podróże kształcą. Jeszcze kształcą, uśmiecha się Leszek. Chyba, że jedzie się do Sharm-El- Sheikh czy innej Tunezji. Jako student spędziłem wiele miesięcy w Stanach. Amerykańskie przygody nauczyły mnie wchodzić w rejony, których nie znam. Nie ma się czym chwalić publicznie. Byliśmy jak małpki wypuszczone z klatki. Całe miasto nasze. Balansowanie na krawędzi, a raczej jej przekraczanie. Nie baliśmy się niczego i to był problem. W północnej Dakocie, w Medorze, zakopaliśmy kolegami wino w ziemi. Żeby tam powrócić. Ostatnio do tego dojrzewamy...”
„Jako aktora i jako człowieka kręci mnie przygoda w rodzaju filmu „Into the Wild” Seana Penna”, mówi po namyśle. Tam głównym bohaterem jest facet, który rezygnuje z życia w cywilizacji. Przenosi się do natury, idzie w las, wędruje, nie posługuje się wytworami cywilizacji. Liczy na siebie i na to, co mu przyroda. Ginie, bo natura go zdominowała i był za słaby. To jest taka przygoda, że do końca życia można już nic nie robić po takim filmie. W sensie jest o czym myśleć”.
Personalne PS
Anegdota na deser, czyli między nami rodzicami. W rozmowie o karierze zawsze musi pojawić się wątek rodziny. Córka Leszka i moja są w tym samym wieku. „Nie masz wrażenia, że one już są mądrzejsze od nas, pytam wskakując tym samym na specyficzny rejestr porozumienia, który łączy wszystkich rodziców świata. „Tak, są mądrzejsze, bo nie mają ograniczeń. My, dorośli, mamy wbudowane różne bariery. Zuzia to aniołek, który już ma swoje zdanie. Jedziemy ostatnio pociągiem. Siedzi gość z długimi włosami, w dredach. Ona mówi: a chłopcy nie mają długich włosów. Pan słyszy. Ja zmieszany, ratuję sytuację mówiąc, że niektórzy mają. Pauza. Zuzia po namyśle: ale ci fajni nie mają.
Tekst Joanna Nojszewska
Zdjęcia Jacek Poremba