
Jeden z najbardziej upartych ludzi na ziemi. A może po prostu: najwierniejszych. Sobie, swojemu powołaniu, swoim zobowiązaniom.
Janusz Kapusta, światowej sławy ilustrator i malarz, ale także odkrywca. Potrafi cztery lata nie wstawać
od komputera, jeśli tyle czasu i skupienia wymaga nowy projekt.
Janusz Kapusta, światowej sławy ilustrator i malarz, ale także odkrywca. Potrafi cztery lata nie wstawać
od komputera, jeśli tyle czasu i skupienia wymaga nowy projekt.
– O co światu chodzi, to ja nie wiem. Patrzę na te wszystkie palanctwa, oszustwa i bezczelności… Mam wystarczająco umysłu i wrażliwości, żeby to widzieć i żeby to mnie przerażało. Jednak to, co mnie zajmuje, jest umiejscowione gdzie indziej – mówi jeden z najbardziej błyskotliwych komentatorów współczesności, któremu przenikliwości zazdrości niejeden publicysta. Janusz Kapusta, artysta o zainteresowaniach matematycznych i filozoficznych (jak o sobie mówi, kiedy musi się przedstawić na przykład na konferencji naukowej), jest także odkrywcą cenionym przez najtęższe umysły tego świata. – Już dawno zauważyłem, że moje problemy z kosmosem są moimi z nim problemami, dla innych często nieistotnymi. Ktoś może powie, że mi odbiło. No i co z tego, że ktoś tak powie, skoro mi nie odbiło? – śmieje się.
A że ktoś tak powie, to więcej niż pewne. Bo kto z nas się zastanawia, jak np. rozrysować nieskończoność? Nie, no, wiadomo, że się nie da. Ale… co właściwie znaczy owo „wiadomo”?
Janusza Kapustę zaintrygował taki pomysł, kiedy w latach 70. na rowerze przemierzał Warszawę, jadąc na Bielany na zajęcia z historii filozofii. Był już po studiach na architekturze, wcześniej ukończył liceum plastyczne. Rysował, malował, projektował, rzeźbił. A przede wszystkim myślał. - Kto miałby oceniać, czy to, co narysowałem, jest nieskończonością? – pytał sam siebie. Oko. A dla oka ostatnim widocznym punktem jest horyzont. Wiadomo, że dwie linie równoległe przetną się w nieskończoności. A jeśli dodać do tego perspektywę… – Wziąłem kartkę, podzieliłem na pół i na górze narysowałem korytarz zmierzający do punktu zbiegu na horyzoncie. Wyszła jakby piramida widziana od dołu.
Żeby była nieskończoność, wywinąłem tę perspektywę na drugą stronę.
Powstało coś dziwnego, zwłaszcza że jak zamknąłem to w kwadrat, nabrał takich właściwości, że można go było rozciągać w nieskończoność.
Te szkice były jednymi z nielicznych, jakie zabrał ze sobą, kiedy w 1981 roku wyjeżdżał na trzy miesiące do Nowego Jorku. Wówczas jeszcze nie wiedział, dokąd zaprowadzi go rozmowa, w którą – za sprawą tych kilku rysunków – wdał się z nieskończonością. Do Stanów ściągnął go Andrzej Pastuszek, pisarz. Ten sam, który mawiał o sobie: „Skoro jestem tak przystojny i tak silny, kto uwierzy, że jestem aż tak inteligentny?!”. Zaprosił Janusza Kapustę, aby ten zilustrował mu książkę. Kapusta pojechał, bo „ciekaw był zobaczyć, z czego ci Amerykanie tak się cieszą i skąd biorą te pieniądze”. Zostawać nie planował, samo się stało: stan wojenny. – Ja nie do końca wierzę w przypadek – mówi. – To znaczy wybrałem, żeby nie wierzyć, bo wtedy człowiek jest bardziej uważny. Uważniej traktuje ludzi i sytuacje… właśnie dlatego, że przestaje myśleć, że one są przypadkowe.
A skoro nie są przypadkowe, to znaczy, że są po coś. Janusz Kapusta nauczył się, że ich sens najczęściej ujawnia się w drodze: „Człowiek nie wie, czego nie wie, dopóki się nie dowie, czego nie wiedział”.
Także k-dron, jedenastościenna bryła, której istnienie (nie)przypadkiem odkrył w 1985 roku, a dwa lata później opatentował w Ameryce i wystąpił o patenty na całym świecie, wciąż ujawnia przed nim coraz to nowe znaczenia. A skąd się ten k-dron wziął u Kapusty?
Czytaj w pasjonującym tekście Joanny Rachoń w najnowszym numerze Malemena.
Zdjęcia Andrzej Koziar
A że ktoś tak powie, to więcej niż pewne. Bo kto z nas się zastanawia, jak np. rozrysować nieskończoność? Nie, no, wiadomo, że się nie da. Ale… co właściwie znaczy owo „wiadomo”?
Janusza Kapustę zaintrygował taki pomysł, kiedy w latach 70. na rowerze przemierzał Warszawę, jadąc na Bielany na zajęcia z historii filozofii. Był już po studiach na architekturze, wcześniej ukończył liceum plastyczne. Rysował, malował, projektował, rzeźbił. A przede wszystkim myślał. - Kto miałby oceniać, czy to, co narysowałem, jest nieskończonością? – pytał sam siebie. Oko. A dla oka ostatnim widocznym punktem jest horyzont. Wiadomo, że dwie linie równoległe przetną się w nieskończoności. A jeśli dodać do tego perspektywę… – Wziąłem kartkę, podzieliłem na pół i na górze narysowałem korytarz zmierzający do punktu zbiegu na horyzoncie. Wyszła jakby piramida widziana od dołu.
Żeby była nieskończoność, wywinąłem tę perspektywę na drugą stronę.
Powstało coś dziwnego, zwłaszcza że jak zamknąłem to w kwadrat, nabrał takich właściwości, że można go było rozciągać w nieskończoność.
Te szkice były jednymi z nielicznych, jakie zabrał ze sobą, kiedy w 1981 roku wyjeżdżał na trzy miesiące do Nowego Jorku. Wówczas jeszcze nie wiedział, dokąd zaprowadzi go rozmowa, w którą – za sprawą tych kilku rysunków – wdał się z nieskończonością. Do Stanów ściągnął go Andrzej Pastuszek, pisarz. Ten sam, który mawiał o sobie: „Skoro jestem tak przystojny i tak silny, kto uwierzy, że jestem aż tak inteligentny?!”. Zaprosił Janusza Kapustę, aby ten zilustrował mu książkę. Kapusta pojechał, bo „ciekaw był zobaczyć, z czego ci Amerykanie tak się cieszą i skąd biorą te pieniądze”. Zostawać nie planował, samo się stało: stan wojenny. – Ja nie do końca wierzę w przypadek – mówi. – To znaczy wybrałem, żeby nie wierzyć, bo wtedy człowiek jest bardziej uważny. Uważniej traktuje ludzi i sytuacje… właśnie dlatego, że przestaje myśleć, że one są przypadkowe.
A skoro nie są przypadkowe, to znaczy, że są po coś. Janusz Kapusta nauczył się, że ich sens najczęściej ujawnia się w drodze: „Człowiek nie wie, czego nie wie, dopóki się nie dowie, czego nie wiedział”.
Także k-dron, jedenastościenna bryła, której istnienie (nie)przypadkiem odkrył w 1985 roku, a dwa lata później opatentował w Ameryce i wystąpił o patenty na całym świecie, wciąż ujawnia przed nim coraz to nowe znaczenia. A skąd się ten k-dron wziął u Kapusty?
Czytaj w pasjonującym tekście Joanny Rachoń w najnowszym numerze Malemena.
Zdjęcia Andrzej Koziar
32














































































