Zapisz się do newslettera:




HOME / ISSUE 6 / Mężczyźni - Roman Opałka

MALEMEN MEN

ISSUE

Roman Opałka
W nieskończoność
OpałkaOpałkaOpałkaOpałkaOpałkaOpałkaOpałkaOpałkaOpałka
Znikający czas
Tylko jeden człowiek mógł wykonać taki gest.
Nie tylko dlatego, że trzeba wielkiej odwagi, aby to zrobić. Ani dlatego, że trzeba być szalonym, żeby się na to poważyć. Także dlatego, że powtórzenie takiego konceptu byłoby całkowicie pozbawione sensu. Bo gest Opałki jest dla sztuki jak zwieńczenie ewolucji. Dla niego samego – jak wyznanie miłości. Do życia.

Niejeden namawia Romana Opałkę, by przysposobił sobie ucznia. Asystenta. Kogoś, kto kontynuowałby jego „Program”. Jakby ignorując fakt, że ten akurat program nazywa się: „Opałka 1965/1–∞”. Opałka. Czyli nie ktoś inny. – Asystent? Tylko by mi przeszkadzał! Ja nie zwykłem wpuszczać obcych do swojej wanny! – mówi artysta. Dzieło życia traktuje intymnie, bo cały się w nie wdał. Z definicji, do końca, jak jeszcze nigdy żaden twórca w historii tego nie zrobił. Choć od kilkudziesięciu lat Opałka maluje wyłącznie liczby. Dla wielu o jego wielkości świadczą ceny, za jakie sprzedawane są jego obrazy (kilkaset tysięcy euro). A właściwie: DETALE – bo tak je nazywa. Namalował ich ponad dwieście
(– Niewiele jak na 42 lata pracy. Ale ja nie zaśmiecam świata swoją sztuką – podkreśla). Wiszą w najlepszych galeriach na całym świecie, w muzeach, czasami, ale rzadko, schowane w magazynach – jak w przypadku pewnego kolekcjonera z Niemiec, który kupił ich już dwadzieścia siedem. W Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie wiszą dwa. Jeden, gdzie liczby są malowane na lekko szarym tle, drugi już praktycznie biały. Trzeba bardzo się zbliżyć, aby odczytać kolejne. Zobaczyć w tej bieli, czym ona tak pulsuje, że człowiek stoi przed niemal białym płótnem i trudno mu powstrzymać łzy. O co chodzi?

Roman Opałka pamięta takie zdarzenie: lata pięćdziesiąte, wakacje, warszawska Dziekanka. W szufladzie w pokoju kolegi, u którego mieszkał, bo zamiast jechać na lato do rodziców, postanowił zostać w Warszawie, znalazł kawałek suchego czarnego chleba. – Miałem wówczas taką dziwną słabość: zbierałem groszówki. Ale zbierałem tylko te, które leżały reszką do góry. Jak któraś leżała orłem – zostawiałem. Może to głupia historia… Ale tych groszówek miałem już tyle, że mogłem pomyśleć o szklance mleka w barze mlecznym, żeby rozmiękczyć i zjeść ten chleb – opowiada. – Wciąż mam przed oczami ten moment, kiedy zanurzam chleb w mleku, a ono zaczyna go penetrować. Ta czerń penetrowana bielą… Znakomity obraz, znakomity – przerywa. – A chleb tak potraktowany wreszcie karmi… Daje pewien rodzaj ratunku – dodaje.
Na jego obrazach czerń tła penetrowana jest bielą od 1965 roku. Z obrazu na obraz znika jej jeden procent, dlatego płótna z ostatnich dziesięciu lat wydają się całkiem białe: liczby malowane białą farbą prawie znikają na prawie białym już tle.

„Panie Romanie, to wspaniale wymyślone, bardzo ładnie… Ale to wszystko o kant dupy potłuc”, po raz pierwszy taką recenzję usłyszał Roman Opałka od Wojciecha Fangora, wielkiego artysty, kiedy opowiedział mu, czemu to zamierza się poświęcić...

Więcej czytaj w najnowszym numerze Malemena
Tekst Joanna Rachoń
Zdjęcia Andrzej Koziar

MALEMEN MEN

38

WOMEN WE LOVE