Zapisz się do newslettera:




HOME / ISSUE 8 / Mężczyźni - Tomasz Sikora

MALEMEN MEN

ISSUE
1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11

Tomasz Sikora
Biegnij, Tomek, biegnij
Biegnij, Tomek, biegnij
Dopóki biegnie, biegnie po to, by z olimpiady przywieźć medal. Wie, na co go stać. Wie też, że w dyscyplinie,
którą wybrał, wszystko zmienia się z sekundy na sekundę. Wystarczy podmuch wiatru, spadek temperatury – a śnieg inaczej „niesie”, kula z karabinu zmienia kierunek o milimetry. Im więcej zmiennych, tym bardziej niezawodny ma być on, Tomasz Sikora.
Tomasz Sikora miał trudny początek sezonu. Przegrywał z takimi, co nie mieli śmiałości nawet stanąć w jego cieniu, choć przez cały rok pracował jak nigdy. W końcu to sezon olimpijski. Zachorował. Zapalenie oskrzeli. A przecież jedna kontuzja eliminuje biathlonistę na rok. Jedno przeziębienie potrafi zatrzymać na kilka tygodni. Zawodowcom nie wolno się leczyć antybiotykami, bo chemia rujnuje organizm. Domowe sposoby wymagają czasu… Dopiero start cztery dni przed Bożym Narodzeniem 2009 był świetny. W biegu na dochodzenie w słoweńskiej Pokljuce Sikora odrobił 27 pozycji w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Tego dnia nie zamykał się już w szatni i nie rzucał butami po ścianach.

Biegnij, Tomek, biegnij
Wrócił do domu, do Wodzisławia, na jedną noc. Urodzinową. Nazajutrz wstał grubo przed piątą rano, oskrobał samochód z lodu i pojechał w poprzek Polski nieodśnieżonej, śliskiej i mroźnej do Warszawy. Na badania. Niewielu spotkałem ludzi równie cierpliwych. I tak bardzo zdyscyplinowanych.
Może to dzięki ojcu, górnikowi z kopalni Marcel, co pracował zwykle na nocną zmianę. Na dole i tak zawsze było ciemno… ale za dnia widział trochę słońca, choć nigdy tego o poranku. – Ojciec był dla nas surowy. Dla Marcina, mojego młodszego brata, i dla mnie. Wracał z nocnej zmiany i spał do południa. Nie wolno było go budzić. Mieliśmy spis zadań do wykonania. Nie mogliśmy się po prostu bawić. W dodatku wszystko, cośmy robili, musieliśmy zrobić cicho, żeby on mógł spać – Tomasz Sikora się uśmiecha. Można by powiedzieć „niewinnie”, choć to słowo nie bardzo pasuje do stojącego obok karabinu, który jeśli trafia, jest śmiertelnie skuteczny.
– To prawdziwa broń. Kaliber 5,6. Muszę mieć na niego pozwolenie. Gdyby strzelić do człowieka, powiedzmy, ze stu metrów, nie miałby szans… Jest niebezpieczny do dwóch kilometrów.
Karabin biathlonisty nie ma przyrządów optycznych. Celuje się za pomocą muszki i szczerbinki. Jak na początku ubiegłego stulecia. Dlatego zawodnik musi dbać o oczy. Żadnych kropli. Żadnej alergii. Strzela z odległości 50 metrów. Na stojąco do pięciu krążków o średnicy 11,5 cm. Na leżąco do czarnych punktów o średnicy 4,5 cm. Ledwo je widać. Za każdy błąd, każde pudło – kara. Albo karne minuty, albo dodatkowe okrążenie, czyli 24 do 26 karnych sekund. Zależy od tego, jak szybko pobiegniesz to okrążenie. Czasami strzelać trudno, bo wiatr. Czasami zimno tak pełne wilgoci, że ręce grabieją, a palce drżą. Spust jest miękki. Łatwo spalić strzał. Wiatr się zmienia szybko, a konkurencja trwa pół godziny, więc każdy strzela w innych warunkach. Jeden w słońcu, drugi w kurzawie. Taki los. Możesz być najlepszy na świecie, ale zwyczajnie nie mieć szczęścia.

O Tomaszu Sikorze przeczytasz więcej w najnowszym numerze Malemena.

MALEMEN MEN

44

WOMEN WE LOVE