
Najbardziej uznany w środowisku nieznany polski artysta. Nieznany do niedawna, ostatnio się trochę poprawiło. Ale, jak to u nas, wcale nie dlatego, że nagle do wszystkich dotarło, jak wybitnym jest muzykiem.
tekst Jakub Zańczak
zdjęcia Przemek Kulikowski & Filip Żołyński
18 grudnia 1989 r. Na scenę Filharmonii Narodowej wchodzą Roman Polański i Michaił Barysznikow. Podczas prób sami zdecydowali, którego z wykonawców koncertu „Artyści dla Rzeczypospolitej” wspólnie zapowiedzą. Sala wstrzymuje oddech... „Ladies and gentleman (po angielsku: uważajemyje gaspada!), przed państwem Kuba Badach!”.
KIEROWCA ZAWODOWY
Z WŁASNYM PROGRAMEM ARTYSTYCZNYM
Aż korci, żeby zacząć od „W kafejce widzimy się...” jak w pierwszym singlu drugiej płyty Poluzjantów (niegdyś Polucjanci, wcześniej Polücjanci; wszystkie nazwy, powiedzmy to wprost: do niczego). Kilka stron należałoby poświęcić projektom muzycznym, w których Kuba Badach brał lub bierze udział, wspomnijmy tylko o Globetrottersach i solowej płycie z piosenkami mistrza Zauchy.
Widzimy się w samochodzie, więc zacząć od kafejki się nie da. Swoją drogą, kto by pomyślał, że on, taki wrażliwy muzyk, ma wręcz fioła na punkcie samochodów. Szybkich samochodów.
„Odkąd pamiętam, miałem tego bakcyla motoryzacyjnego – mówi Badach, trzymając kierownicę swojego nowo nabytego, kolejnego w kolekcji, ukochanego subaru legacy turbo, rocznik ‘93. Samochodu, który wygląda trochę jak daewoo espero – tym przyjemniej kierowcy patrzeć na miny innych, kiedy rusza ze skrzyżowania. – Jako 10-latek poinformowałem tatę, że świetnie jeżdżę samochodem – właśnie mi się to przyśniło – i upierałem się, żeby natychmiast sprawdzić, czy rzeczywiście tak jest. Śniło mi się, że ratowałem sąsiadkę z bloku przed potworami... Dawaj, dawaj, dawaj – to już nie sen, lecz jawa, przed nami ktoś skręca, jakby jechał na biegu ujemnym. – No i demonami... – kontynuuje Kuba. – Była noc, lał deszcz. I uratowałem ją, wyprowadziłem przez okno na parterze, pod oknem stał mercedes-beczka jej rodziców. Wsiadłem do merola, odpaliłem i bardzo precyzyjnie potrafiłem się nim poruszać”.
Na mój gust Kuba jedzie trochę za szybko. Przypomina, że spotkaliśmy się, by porozmawiać o muzyce. Rozmawiamy więc o rajdach samochodowych. „Zakręciłem się na jazdę sportową po tym, jak kupiłem sobie pierwsze auto i po pierwszym dniu je skasowałem. A skasowałem dlatego, że droga przez las miała nieoznakowany zakręt 90 stopni w prawo. Przecież był w lesie, więc właściwie czemu miałby być oznakowany... Nie chodzi nawet o prędkość, ale była tam piękna plama lodu. Po prostu mnie wyniosło. Gdybym miał odruchy, to bym się wyratował, ale że byłem jeszcze młody i nie miałem, no to sprawy potoczyły się nieco inaczej”.
Więcej w jedenastym numerze MALEMENA.
zdjęcia Przemek Kulikowski & Filip Żołyński
18 grudnia 1989 r. Na scenę Filharmonii Narodowej wchodzą Roman Polański i Michaił Barysznikow. Podczas prób sami zdecydowali, którego z wykonawców koncertu „Artyści dla Rzeczypospolitej” wspólnie zapowiedzą. Sala wstrzymuje oddech... „Ladies and gentleman (po angielsku: uważajemyje gaspada!), przed państwem Kuba Badach!”.
KIEROWCA ZAWODOWY
Z WŁASNYM PROGRAMEM ARTYSTYCZNYM
Aż korci, żeby zacząć od „W kafejce widzimy się...” jak w pierwszym singlu drugiej płyty Poluzjantów (niegdyś Polucjanci, wcześniej Polücjanci; wszystkie nazwy, powiedzmy to wprost: do niczego). Kilka stron należałoby poświęcić projektom muzycznym, w których Kuba Badach brał lub bierze udział, wspomnijmy tylko o Globetrottersach i solowej płycie z piosenkami mistrza Zauchy.
Widzimy się w samochodzie, więc zacząć od kafejki się nie da. Swoją drogą, kto by pomyślał, że on, taki wrażliwy muzyk, ma wręcz fioła na punkcie samochodów. Szybkich samochodów.
„Odkąd pamiętam, miałem tego bakcyla motoryzacyjnego – mówi Badach, trzymając kierownicę swojego nowo nabytego, kolejnego w kolekcji, ukochanego subaru legacy turbo, rocznik ‘93. Samochodu, który wygląda trochę jak daewoo espero – tym przyjemniej kierowcy patrzeć na miny innych, kiedy rusza ze skrzyżowania. – Jako 10-latek poinformowałem tatę, że świetnie jeżdżę samochodem – właśnie mi się to przyśniło – i upierałem się, żeby natychmiast sprawdzić, czy rzeczywiście tak jest. Śniło mi się, że ratowałem sąsiadkę z bloku przed potworami... Dawaj, dawaj, dawaj – to już nie sen, lecz jawa, przed nami ktoś skręca, jakby jechał na biegu ujemnym. – No i demonami... – kontynuuje Kuba. – Była noc, lał deszcz. I uratowałem ją, wyprowadziłem przez okno na parterze, pod oknem stał mercedes-beczka jej rodziców. Wsiadłem do merola, odpaliłem i bardzo precyzyjnie potrafiłem się nim poruszać”.
Na mój gust Kuba jedzie trochę za szybko. Przypomina, że spotkaliśmy się, by porozmawiać o muzyce. Rozmawiamy więc o rajdach samochodowych. „Zakręciłem się na jazdę sportową po tym, jak kupiłem sobie pierwsze auto i po pierwszym dniu je skasowałem. A skasowałem dlatego, że droga przez las miała nieoznakowany zakręt 90 stopni w prawo. Przecież był w lesie, więc właściwie czemu miałby być oznakowany... Nie chodzi nawet o prędkość, ale była tam piękna plama lodu. Po prostu mnie wyniosło. Gdybym miał odruchy, to bym się wyratował, ale że byłem jeszcze młody i nie miałem, no to sprawy potoczyły się nieco inaczej”.
Więcej w jedenastym numerze MALEMENA.
59




































































