
Złote Lwy?... To tylko nagroda. Wiem, że nie byłbym w stanie tak zagrać, gdyby nie genialny Dorociński. Na razie nie mam jakichś propozycji. Ja nie wiem, czy coś za tym idzie... Zobaczę później. Ale ogólnie strasznie fajne to jest: pojechałem sobie na festiwal, obejrzałem wszystkie filmy, wypas po prostu.
W Gdyni za drugoplanową rolę w Boisku bezdomnych Lubos dostał Złote Lwy. W 2. numerze magazynu MaleMEN obsadziliśmy go w roli pierwszoplanowej.
W Gdyni za drugoplanową rolę w Boisku bezdomnych Lubos dostał Złote Lwy. W 2. numerze magazynu MaleMEN obsadziliśmy go w roli pierwszoplanowej.
W sobotę o 22. Przeprasza, że tak późno, ale jest na gali systemu walk mieszanych. Fight Night.
22.07 przychodzi… SMS: jeszcze dwie walki! Ale kiedy godzinę później wkracza wraz z Frankiem, lat 10, od wejścia psuje złe wrażenie. Właśnie tak: psuje złe wrażenie.
Mój syn zachwycony, że zamiast spać, może pograć w PS2 z zupełnie nowym kolegą. Obaj z Frankiem znikają w pokoju, my zaczynamy wywiad. Ten, do którego właściwie miało nie dojść. Kiedy Eryk coś opowiada, angażuje całe ciało. Nieważne, czy to dramatyczna historia, czy zabawna anegdota. Co chwila wstaje, przechadza się, znowu siada, gestykuluje. Mój salon na kilka godzin stał się sceną w teatrze jednego aktora. Kiedy nazajutrz odsłuchuję nagranie z naszego spotkania, uderza mnie, jak rzadko Eryk odpowiada na pytania! Uderza mnie też, jak łatwo daję się zwieść, zupełnie tego nie zauważając. Lubos to strumień świadomości i jeżeli się jest uważnym, to można wyłapać informacje sprytnie umieszczone między słowami w najmniej oczekiwanych miejscach. A potem je posklejać.
Ślązak
Lubos pochodzi ze Śląska. Nawet gdyby tego co jakiś czas
nie podkreślał, można się domyślić po specyficznym zaciąganiu, które się pojawia, kiedy jest czymś podekscytowany. Wychował się w rodzinie, gdzie przy stole zasiadało czasem nawet 30 osób. – Tam zawsze był system mocno patriarchalny – podkreśla. To z domu wyniósł mocne osadzenie w tradycji. – Jak ja mówiłem
na stawce wojskowej, że jestem narodowość Ślązak, to oni chcieli mnie już rozstrzeliwać – opowiada.
22.07 przychodzi… SMS: jeszcze dwie walki! Ale kiedy godzinę później wkracza wraz z Frankiem, lat 10, od wejścia psuje złe wrażenie. Właśnie tak: psuje złe wrażenie.
Mój syn zachwycony, że zamiast spać, może pograć w PS2 z zupełnie nowym kolegą. Obaj z Frankiem znikają w pokoju, my zaczynamy wywiad. Ten, do którego właściwie miało nie dojść. Kiedy Eryk coś opowiada, angażuje całe ciało. Nieważne, czy to dramatyczna historia, czy zabawna anegdota. Co chwila wstaje, przechadza się, znowu siada, gestykuluje. Mój salon na kilka godzin stał się sceną w teatrze jednego aktora. Kiedy nazajutrz odsłuchuję nagranie z naszego spotkania, uderza mnie, jak rzadko Eryk odpowiada na pytania! Uderza mnie też, jak łatwo daję się zwieść, zupełnie tego nie zauważając. Lubos to strumień świadomości i jeżeli się jest uważnym, to można wyłapać informacje sprytnie umieszczone między słowami w najmniej oczekiwanych miejscach. A potem je posklejać.
Ślązak
Lubos pochodzi ze Śląska. Nawet gdyby tego co jakiś czas
nie podkreślał, można się domyślić po specyficznym zaciąganiu, które się pojawia, kiedy jest czymś podekscytowany. Wychował się w rodzinie, gdzie przy stole zasiadało czasem nawet 30 osób. – Tam zawsze był system mocno patriarchalny – podkreśla. To z domu wyniósł mocne osadzenie w tradycji. – Jak ja mówiłem
na stawce wojskowej, że jestem narodowość Ślązak, to oni chcieli mnie już rozstrzeliwać – opowiada.
Jego matka jest fotografką, i to ona nauczyła go patrzeć na świat przez pryzmat obrazków. Była nadopiekuńcza: czyściutko, cieplutko i bezpiecznie. – Od dziecka miałem z nią wojnę, bo mi dżinsy prasowała! – opowiada to w taki sposób, jakby mówił o największej zbrodni. – Szału dostawałem! I tę ślinę mamy to pamiętam, jak mi nią twarz wycierała i szaliki wiązała pod szyją… Jezu! Więc Eryk został aktorem, zaczął grywać czarne charaktery i trenować boks, pewnie tak trochę na przekór.
Choć dla niego nie jest to takie oczywiste. – Nie zastanawiałem się nad tym… – mówi. – Czegoś miałem za mało, czegoś za dużo… Nie wiem, może chcę się po prostu podobać…
W jakimś sensie wybrał za niego przypadek. Albo… tak już miało być. – Moja ówczesna dziewczyna, Sylwia, miała bezpłatne przejazdy PKP, więc w prezencie na osiemnastkę zabrałem ją do Wrocławia, do teatru. Wielka wyprawa! – mówi.
– Pewnie chciałem jej też trochę zaimponować – wtrąca. – Niestety byłem wtedy pierwszy raz w teatrze, niestety w tej sztuce grał Kuźniar i niestety był to Teatr Współczesny, gdzie kilka lat później mnie przyjęli. Niestety – bo zrozumiał, że zostaje. W teatrze. Nie dostał się do szkoły w Krakowie, z Warszawy zrezygnował, kiedy przyjęli Janiczka. – Stwierdzilem, że dwóch rudych na jeden rok nie przyjmą – wyjaśnia. Kiedy jechał na egzamin do Łodzi, w pociągu przyśnił mu się profesor Bardini. Lubos uznał to za znak i postanowił zdawać do Wrocławia.
Tym razem się udało, pozostała tylko przeprowadzka. – Ja całe życie byłem w Reptach, to jest 3 km od Tarnowskich Gór, a jak pojechałem pierwszy raz do Opola, to się zesrałem, jakie wielkie miasto.
Choć dla niego nie jest to takie oczywiste. – Nie zastanawiałem się nad tym… – mówi. – Czegoś miałem za mało, czegoś za dużo… Nie wiem, może chcę się po prostu podobać…
W jakimś sensie wybrał za niego przypadek. Albo… tak już miało być. – Moja ówczesna dziewczyna, Sylwia, miała bezpłatne przejazdy PKP, więc w prezencie na osiemnastkę zabrałem ją do Wrocławia, do teatru. Wielka wyprawa! – mówi.
– Pewnie chciałem jej też trochę zaimponować – wtrąca. – Niestety byłem wtedy pierwszy raz w teatrze, niestety w tej sztuce grał Kuźniar i niestety był to Teatr Współczesny, gdzie kilka lat później mnie przyjęli. Niestety – bo zrozumiał, że zostaje. W teatrze. Nie dostał się do szkoły w Krakowie, z Warszawy zrezygnował, kiedy przyjęli Janiczka. – Stwierdzilem, że dwóch rudych na jeden rok nie przyjmą – wyjaśnia. Kiedy jechał na egzamin do Łodzi, w pociągu przyśnił mu się profesor Bardini. Lubos uznał to za znak i postanowił zdawać do Wrocławia.
Tym razem się udało, pozostała tylko przeprowadzka. – Ja całe życie byłem w Reptach, to jest 3 km od Tarnowskich Gór, a jak pojechałem pierwszy raz do Opola, to się zesrałem, jakie wielkie miasto.
A we Wrocławiu to już w ogóle – tłumaczy. Pierwsze trzy lata były cholernie ciężkie. – Za moich czasów ta szkoła była bardzo zakompleksiona. Miała najniższe notowania, na wszystkich festiwalach byliśmy traktowani jak filia szkoły krakowskiej – tłumaczy – Potem dopiero wypłynęły Jola Fraszyńska czy Kinga Preis. – W dodatku ja nigdy nie byłem takim ładnym i sympatycznym chłopcem.
Dostałem się z drugą lokatą, a potem wiesz, te stare babcie, te wszystkie profesorki, niespełnione aktorzyce, niegrające już od X lat, udowadniały mi, że to właśnie one, kurwa, mają rację, że trzeba się nauczyć w ten, a nie w inny sposób… – Lubos nakręca się z każdym słowem. – Taka szkółka na zasadzie, że nie wolno robić tego, czego cię tam uczą. Jednocześnie to właśnie ona w dużej mierze go ukształtowała. – Miałem Anioła w postaci genialnej Igi Mayer, fantastyczny był też kontakt z ośrodkiem Grotowskiego – wylicza.
– Profesor Andrzejewski i jego egzamin ze „Zbrodni i kary” to był prawdziwy ewenement. Czy ty rozumiesz, że my przez rok pracowaliśmy nad jednym egzaminem? – pyta. Eryk na przemian walczył i czerpał do trzeciego roku. Potem dwa dyplomy i na siedem lat wsiąkł w teatr.
– Kazano mi, a właściwie kazał sam Józef Kelera, przyjść
do Współczesnego, bo inaczej zginę, zniknę w sensie zawodowym. Więc poszedł. Tu i tam zaczęły się pojawiać recenzje pełne zachwytu, kolejne spektakle, role w filmach, jakieś lokalne nagrody. Ale „szumek” medialny zaczął się po tegorocznym festiwalu w Gdyni. Złote Lwy za najlepszą rolę drugoplanową: Eryk Lubos, „Boisko bezdomnych”.
Aktor
– Ja w ciągu 10 lat tylu wywiadów nie udzieliłem co po Gdyni – mówi z rozbawieniem. – A czy ta nagroda ma przełożenie na to, co się teraz będzie działo na ścieżce zawodowej? – pytam, bo te 12 tysięcy złotych raczej nie zmieni jego życia… – Taka nagroda, jaki festiwal – odpowiada. – To w końcu tylko nagroda. Poza tym wiem, że nie mógłbym tak zagrać, gdyby nie genialny Dorociński… Pieniądze już jakoś poszły, w ogóle nie przykładam do nich wagi. Ja nie wiem, czy coś za tym idzie, generalnie mam teraz wolne i nie mam żadnych propozycji, i zobaczę później, ale nie zastanawiam się nad jakimiś konsekwencjami – dodaje. – Mówi się, że po nagrodzie to zwykle są dwa lata przerwy. Tyle to ja na pewno nie wytrzymam. Ale ogólnie strasznie fajne to jest – dodaje. – Pojechałem sobie na festiwal, obejrzałem wszystkie filmy, kazali mi zostać do końca, to się coś zacząłem domyślać, nikt mnie nie rozpoznawał… Wypas po prostu.
– Ale ta rozpoznawalność może w końcu przyjść – mówię.
– A dlaczego? – pyta zdziwiony. – Czy ja robię gwiazdom loda albo odmawiam różaniec z gwiazdami? Ja nie jestem częścią kultury masowej. Widzę ostatnio w „Super Ekspresie” zdjęcie, a pod nim podpis: „Znana aktorka X gra w serialu Y”. Cały dorobek w jednym zdaniu! – wścieka się. – To jest straszne. I choć Lubos się zarzeka, że ta „ogólna“ rozpoznawalność jest poza jego zasięgiem, to jednak chyba się jej obawia. Kiedy podczas festiwalu wychodził z hotelu, podeszła do niego jakaś dziewczyna. – Ale się przestraszyłem – opowiada. – Boże, rozpoznała mnie, przerąbane… A ona: „Proszę pana, proszę pana, a da mi pan swoją akredytację?”. Odetchnął z ulgą.
– I powiem ci, że to jest bardzo dobre – mówi. – Czyli co, w twoim zawodzie nie chodzi o popularność? – pytam, bo mu nie wierzę.
– Jak to nie chodzi o popularność, skoro jesteś aktorem! – wykrzykuje Lubos. – Van Gogh był jeden, aktor jest tu i teraz, więc jak nie ma popularności, to jego też nie ma. Nie chodzi o to, żeby cię wszyscy rozpoznawali na ulicy, ale musisz mieć potwierdzenie tej swojej roboty. W domu możesz być Tadeuszem Łomnickim, tylko potem udowodnij to pięciu tysiącom ludzi – unosi się. – To jest też wielka odpowiedzialność. Ludzie przychodzą do teatru i na film, jak im nie starcza kościół. Człowiek jednak poszukuje tego ducha, tego kontaktu ze sztuką.
Bo teatr to jest świątynia, to jest wspólne przeżywanie. Taka pigułka życia budowana przez trzy–cztery miesiące, trwająca godzinę soczewka energii. Dostajesz myśli, budzi się w tobie to coś, to jest to! Przychodzi widz bardziej przygotowany i prycha. A przychodzi ktoś z ulicy i go nagle coś uderza zupełnie niespodziewanie… – Lubos zawiesza głos. Zaczynam się gubić w tych ryzykownych przejściach od popularności, przez misję, do mistycyzmu. – My nie jesteśmy dla siebie – kontynuuje. – Jesteśmy tylko narzędziami. Aktor, który szuka spełnienia i myśli nie wiadomo co, nigdy nie będzie
dobrym aktorem. „Prorocy z dawnych lat, obrastacie w tłuszcz!”. To jest najgorsze, tego trzeba unikać.
Według niego aktor powinien mieć własną widownię, swoje potwierdzenie, ale nie powinien się na tym skupiać. Cała reszta to dla Lubosa kwestia przeżyć duchowych i robota. Bo on jest do roboty. Jakby całym artyzmem wynikającym z tego zawodu można się było najeść i ogrzać.
Jeszcze w Teatrze we Wrocławiu grywał tzw. „konie” – główne role w dwugodzinnych spektonach. Za całe 50 złotych. „Miałem przed świętami 600 złotych pensji plus 108,54 honorarium i za te 708 złotych mogłem zrobić święta w dwupokojowym służbowym mieszkaniu, paczka pieluch kosztowała wtedy 60 złotych – opowiada.
– Czyli za moją główną rolę dostawałem mniej niż paczka pieluch”. W tym momencie z góry schodzi Franek, syn Lubosa, i przykleja się do ojca. Eryk jakby nigdy nic ciągnie dalej: – Słyszałem niedawno takie pretensje aktorów, że jak oni mogą grać, kiedy nie ma ręczników papierowych, albo w nieogrzewanej sali… – Lubos aż prycha.
– Tego nigdy nie zrozumiem. Ten zawód może być mistycznym przeżyciem, jeśli się ciężko na nie zapracuje. Pamiętam chwile, jak się przychodziło do domu i mały spał, a ja patrzyłem na niego przez pół nocy, bo spać nie mogłem, i wiesz, wyłem jak pies, bo nie mogłem mu oddać tej energii. I są też takie chwile, kiedy
bierzesz dziecko na całą noc na dwór i uczysz się roli… Kto mi to zabierze? Myślisz, że to się robi dla popularności? Eryk milknie.
Bardziej mam wrażenie, że słucham jakiegoś studenta szkoły teatralnej, który opowiada o swoich oczekiwaniach, o górnolotnych przeżyciach, jakich na swojej drodze na pewno doświadczy, niż faceta, który siedzi w tym zawodzie ponad 10 lat. Ale może właśnie na tym polega siła Lubosa. Poza tym na pewno miał rękę do dobrych scenariuszy.
Albo patent, żeby takie wybierać.
– Miałem we Wrocławiu taką knajpę, gdzie szło się piwo wypić po spektaklu lub nawet w trakcie, jak było można. Rura, jazz, nakopcone…
No i jak tam nie chodzić? I jak się zagrało tak mocno, a cały czas się grało coś mocnego, to nie można było zasnąć. Synek daleko, żona, już wtedy była, nie skrzeczy, że gdzie ja jestem. A ja co? TV włączę? To brałem tam scenariusze i czytałem. Głośno, gwar, muzyka. Zauważyłem, że rzeczy dobre, trafione, mocne, które niosły coś ze sobą, coś na kształt zatracenia, oczyszczenia, to one wkręcają w każdych okolicznościach. I jak ja tam w to wpadałem, to znaczyło, że to jest to. Że innych też wkręci. – I co, sprawdzało się? – pytam. – Zawsze.
Z drugiej strony dobry scenariusz nie robi jeszcze filmu. Zastanawiam się, czy nie miał obaw, wchodząc we współpracę chociażby z Kasią Adamik, przy jej pierwszej, samodzielnej fabule w Polsce. Eryk patrzy na mnie zdziwiony. – No a jak se miała nie poradzić? – pyta. – Podjęła decyzję, to sobie poradzi. Jeżeli ktoś podejmuje ryzyko i mnie też je proponuje, to ja mam go nie podjąć? – pyta.
– Ale na tym to polega… Nigdy nie zagram
w komedii romantycznej, bo żaden frajer producent nie podejmie takiego ryzyka… – … a ty byś podjął? – przerywam.
– Ale nikt nie podejmie takiego ryzyka, nie rozumiesz, ja jestem spokojny o to – mówi to tak, że jednak mam wątpliwości, czy jest o to taki spokojny. – A gdybyś sam reżyserował? – pytam. – Nie rozśmieszaj mnie…
– prycha Lubos. – Aktorzy, którzy się biorą do reżyserii… to już jest pycha. Być może po 20, 30 latach grania, ale nieee… – urywa i kręci głową.
Lubos jest znany z tego, że w każdą postać, jaką gra, wciela się całkowicie, zupełnie, bez opamiętania.
– A jak inaczej, przepraszam? – atakuje mnie Eryk.
– Znam paru aktorów, którzy nie wchodzą aż tak, schodzą ze sceny i na powrót są sobą – bronię się.
– OK, będą może dłużej żyć. Będą bardziej zadowoleni z życia rodzinnego – wylicza.
– Ja też znam takich paru aktorów zadowolonych, ale jak trafiają na jakieś ekstremalne sceny, to im, kurwa, nie wierzę. A ja od zawsze grałem pojebańców…
– Czyli co, żeby dobrze zagrać, trzeba zatracić granicę między sobą a tą postacią? – podsumowuję.
– A kogo wolisz czytać: Dostojewskiego czy harlequiny? Co wolisz oglądać: „Złego porucznika” czy „M jak mielonka”?
Przypomina mi się taki dokument Cezarego Ciszewskiego, który chciał zrobić film o heroinistach, tyle że w trakcie zdjęć sam zaczął brać. I zrobił ten film właściwie o sobie samym.
– Ale widocznie on tej heroiny szukał! – mówi Eryk.
– To jakich emocji ty szukasz?
– Kilka miesięcy temu skończyłem film, „Moja krew”, i nie dość, że kobieta ode mnie odeszła, to jeszcze wpadłem w trzymiesięczny dół. Dużo się musiało wydarzyć, żeby do mnie wróciła i żebym ja też do siebie wrócił – dodaje.
– Przed chwilą spotkałem się na gali z Marcinem Wroną, reżyserem, i Markiem Piotrowskim, który zagrał tam mojego trenera, i wiesz, widzieliśmy się pierwszy raz od trzech–czterech miesięcy.
- Spojrzeliśmy se w oczy i takie, wiesz, pytanie, czy było warto. Wydaje się, że warto.
– I zawsze czujesz, że warto? Nie wkurza cię, że ten zawód potrafi tak rozwalić?
– Zawsze mam żal o tę samotność pojawiającą się gdzieś po tej ostrej orce. Tego nic nie wypełnia. Mam żal, że im więcej człowiek z siebie daje… Ale nie chodzi o to, żeby on potem coś z powrotem dostawał – tłumaczy – tylko, żeby to wnętrze można było tak uładzić, żeby było spokojne, żebym ja był normalny, wiesz – ścisza głos.
Mężczyzna, partner, ojciec.
Bo życie z takim facetem z pewnością nie należy do łatwych. Jego żona odeszła kilka lat temu.
– Wybrała własne życie i bardzo mądrze zrobiła.
Poznali się na studiach. – To była piękna kobieta. Tak piękna, że aż ocierało się to o kicz – opowiada. – Biegali za nią wszyscy faceci, ale to mnie zapytała, czy chcę mieć z nią dziecko. Nie zastanawiałem się. Chyba byłem bardzo zakompleksiony, bo niesamowicie piękna była. I co z tego? – pyta. – No wiesz, jeżeli jesteś z kobietą po to, żeby leczyć swoje kompleksy… – wtrącam.
– Taki malutki byłem, nieopierzony.
Z tego związku urodził się 10-letni dziś Franek, największa miłość w życiu Lubosa. Widują się
co pięć tygodni – wtedy Eryk dwa lub cztery razy pokonuje trasę Warszawa–Berlin lub w najlepszym wypadku Warszawa–Wrocław, bo tam mieszka babcia Franka. Kiedy pytam, czy nie wkurza go to, że syn jest tak daleko, mówi, że nie. Że owszem, tęskni jak cholera, ale to jego problem, bo wie, że Frankowi jest tam lepiej.Że może się rozwijać.
Jednak z pewnością ma żal, że przez to wszystko w kontaktach z Frankiem tak się pogmatwało. Związek z jego matką rozpadł się z wielu powodów.
– Non stop pracowałem – tłumaczy. Ma zresztą sprytną teorię, że każdy facet jest pracoholikiem, że „tak jesteśmy zaprogramowani”. – Mężczyzna ma przynosić do domu mięso. A poza tym jestem ze Śląska, więc jestem do roboty! – dodaje.
– Ale praca nad związkiem to też jest robota… – wtrącam nieśmiało. – Cały czas toczę ze sobą boje – mówi. – Jak się za bardzo staram w związku, to źle, jak się nie staram, to jeszcze gorzej. Wypośrodkować to dopiero jest orka!
Kiedy pytam, co jest ważniejsze: praca czy miłość, on pyta, co to jest miłość. Na poczekaniu wymyślam formułkę. „Związek między dwojgiem ludzi; relacja, która dostarcza ci pewnego rodzaju emocji”. Żeby nie kazał mi definiować pracy na wszelki wypadek, tłumaczę, że praca to też twój związek, tyle że z pewną czynnością, która dostarcza ci trochę innych emocji. I teraz pytanie, które z tych emocji są ci bliższe.
Lubos oczywiście znowu się wymyka. – A jeżeli to wszystko jest miłością? A jeżeli jest tak jak w „Ostatniej taśmie Krappa”, że nic nie ma
i możesz pamiętać tylko dotyk tej czarnej piłeczki, którą od niej dostałeś, i jej oczy… Tylko czyje? – po raz kolejny nasza rozmowa schodzi na poziom intelektualnej abstrakcji. Albo może jest też tak, że wszystkie jego związki na tym artyzmie się opierały, miały tu swoją genezę? Tak jak wtedy, gdy grał Silnego w „Wojnie polsko-ruskiej…”. – Masłowska to był obłęd w moim życiu – wspomina. Zakochałem się, jakbym miał
15 lat. I jeszcze w tym wszystkim ta Malina półtoraroczna… Jezu! Popłynąłem kompletnie.
Mieszkał już wtedy w Warszawie. Przeniósł się, jakże inaczej, ze względów zawodowych, prawie bez zastanowienia. – Grzegorz Jarzyna zaprosił mnie do swojego teatru, i to był prawdziwy przełom w moim życiu – podkreśla. Bo nigdy się nie starał, żeby tu dotrzeć, nie wysyłal CV, nie uwodził reżyserów. Ale to wszystko zbiegło się też z bolesnym zderzeniem z prawdziwym światkiem polskiego filmu. Razem z Dorotą pracował nad scenariuszem do ekranizacji „Wojny…”. Ulepszali i lepili od nowa. Eryk schudł do tej roli siedem kilo, by nie grać Silnego siłą, tylko słabością. Przez osiem tygodni w ogóle nie wychodził z domu. – Żarłem zupę kapuścianą, śledzie i piłem czerwone wino.
Film jednak rozbił się o narzeczoną producenta, której reżyser, Jan Jakub Kolski, nie chciał umieścić w obsadzie. Odwołanie planu 10 dni przed rozpoczęciem zdjęć Lubos przypłacił dwumiesięczną deprechą. Wszystko znowu się zawaliło.
Swój obecny związek Eryk określa jednym zdaniem:
– Po tych wszystkich popapranych latach w koncu trzeba być szczęśliwym. Anna Maria jest jego pierwszą kobietą
spoza artystycznego światka. I Bogu dzięki, bo może dlatego udało im się zbudować dobry związek. Choć Eryk twierdzi, że w życiu jest bardziej kreatorem chaosu niż budowniczym.
– Anna Maria ma przechlapane – stwierdza. Gdy pytam, czy bywa romantyczny, odpowiada, że tak, lubi lilie. Nie wiem, co wspólnego mają lilie z romantycznością, może lubi, jak mu się je wręcza? Bo Lubos w ogóle lubi rzeczy, których inni faceci nie znoszą.
– Ona jest zazdrosna – opowiada o swojej partnerce – i to jest fantastyczne. Bo ja też jestem zazdrosny.
Cudowne uczucie: kiedy w tej gonitwie widzisz,
że jednak komuś na tobie zależy.
– A dajesz powody? – pytam.
– Nie wiem, ale dziewczyny mnie lubią – żartuje. – Mam poczucie, że to dlatego, że podejrzewają,
że mogę nieźle bzykać… Generacja chaosu – dodaje
ze śmiechem…
Zauważył, że wszystkie jego kobiety miały zaburzone relacje z ojcami. – Nie wiem, czy wypełniam im jakieś luki, czy też wierzą, że mogę być dobrym ojcem – mówi. – Ja po prostu uwielbiam być w związku ze względu na światło, które pali się w domu, jak wracam ze spektaklu. Bez końca uciekam przed tym i tęsknię. Pytam, czy jeszcze raz zdecydowałby się na ślub. – Nie rozśmieszaj mnie – mówi – nie zaryzykuję jeszcze raz. Bo Eryk twierdzi, że wie, czym się to kończy. Według niego formalizowanie związków, nazywanie ich czy określanie oznacza powolną śmierć. Świetnie też zdaje sobie sprawę z tego, że życie z nim może być piekłem. – Powinienem iść na terapię już dawno – mówi w końcu. – Ale wiesz, jest jeszcze ta kwestia, że jak powiedział Woody Allen, „od kiedy zacząłem chodzić do psychiatry
i przyjmować prozac, straciłem źródło dochodu”…
Chłopiec
Chwilami Lubos przypomina nastolatka: jak przeklina, jak opowiada, angażując się w to bez reszty, i jak przeczesuje ręką kompletnie zwichrowane włosy. – Zostały mi z sesji – tłumaczy, gdy o nie pytam. Lubos jest chłopcem, któremu wybacza się nieokrzesanie. Jest uroczy
i cholernie nieufny, co skrzętnie ukrywa pod maską „złego faceta”.
– Lubię, jak ludzie mają do mnie dystans – mówi. – Myślę wtedy: zajebiście, nie wchodzą mi do ogródka. Czyli mam spokój z kimś, kto nie dość, że się mnie boi, to jeszcze nie jest mi kompletnie potrzebny. – Bo to ty się boisz ludzi – podsumowuję. – Ja?! – prawie krzyczy.
– No z tego, co powiedziałeś, wynika, że boisz się zależności, boisz się, że stracisz coś swojego
– tłumaczę. Eryk kompletnie nie rozumie, o czym mówię.
– Ale przecież ja właśnie cały czas wszystko oddaję, a po co mi więcej ludzi, niż mam? – pyta. – Bo życie polega na zmianach… – mówię.
– A mnie się to nie podoba – odpowiada. – Bo ja jestem jestem taki zasrany, taki uparty, stary ramol. – Eryk wstaje i znów się czuję jak w teatrze jednego aktora.
– Urodziłem się taki stary szlafrok i tak łaaażę. I jak ktoś mi coś przesunie, to jest źle. I jak nie ma moich rzeczy, to się wkurwiam. Wiesz, mam kubek, taki stary, pogryziony. Taki rumun jestem. Auto oplute, szybkie, ale oplute. Wszyscy tak pucują te samochody, strasznie mnie to śmieszy, wacikami do uszu wycierają klimatyzację, a ja obojętnie, co ubiorę, pogniecione jest zawsze…
Coś w tym jest, bo Lubos sprawia wrażenie zaspanego, ale nie tak chwilowo, tylko ogólnie, na życie. – Czyli co? „Nie dotykajcie mnie”? – pytam.
– Oj, dotykajcie, ale kiedy ja chcę. Dotykajcie, głaszczcie, pieśćcie. Uwielbiam to. I Eryk znowu siedzi
na kanapie, jakby monodramu o ramolu wcale nie było.
Tak wygląda przez te krótkie chwile, gdy jest grzeczny. Zupełnie odwrotnie jest na scenie i na ringu. Bo Lubos uwielbia się bić.
– To jest tak ekscytujące, że potem nie można bez tego żyć. W końcu tylko konfrontacja daje testosteron. Patrzysz komuś w oczy, znacie pewne reguły. I jedziesz – mówi z błyskiem w oku. W boksie walka trwa maksymalnie 12 rund, każda runda to trzy minuty plus minuta przerwy. Wygrana następuje albo z powodu punktów, albo przy nokaucie. Ale swojego zawodnika może też „poddać” trener stojący w narożniku poprzez rzucenie ręcznika na środek ringu. Zastanawiam się, dlaczego facet, który sprawia wrażenie, jakby cholernie bał się zależności międzyludzkich, wybrał taką dyscyplinę: wymagającą pełnego zaufania nie tylko do siebie i w jakimś sensie do przeciwnika, lecz przede wszystkim do trenera.
– A czym jest mój zawód, jeśli nie dyscypliną, w której ja jestem narzędziem? – pyta zdzwiony. – Jak mógłbym pomyśleć, że stanę po drugiej stronie, no, chyba że… A gówno, nie wierzę w to.
Niespecjalnie wierzy też w marzenia. – Te o rolach dawno mi już minęły, te słupy milowe, kanony już się pozmieniały – tłumaczy. – Nawet nie pamiętam, o jakiej roli marzyłem, kończąc szkołę… Kiedyś ktoś mnie zapytał, jakie mam marzenia, powiedziałem, że nie mam. „Ojej, jaki ty jesteś biedny…”. Dobra, niech tak zostanie – kończy, po czym szybko dodaje: – Chciałbym tylko, żeby reżyserzy zaproponowali mi w końcu coś innego. – Niech nie widzą we mnie kupy agresywnego mięsa. Niech zobaczą księdza albo dżentelmena. I pochylą się nade mną, połamią, zmierzą. Chciałbym w końcu spotkać swojego Herzoga… – wylicza jednym tchem, tak jakby sobie to wcześniej przygotował. Jak listę prezentów, które chciałby znaleźć pod choinką. Choć wigilii nienawidzi. – Bo jak się już skończy to całe obdarowywanie i świętowanie, to wszyscy płaczą. Pozostaje depresja – tłumaczy i znowu kojarzy mi się z małym chłopcem, który absolutnie nie godzi się z tym, że cokolwiek się kończy.
Zresztą najbardziej na świecie Lubos lubi… pewien rodzaj światła, taki zapamiętany z dzieciństwa. – Ono zwykle
jest wtedy, kiedy coś mnie tak strasznie rozśmieszy albo kiedy nie muszę udawać przed ludźmi, że jestem inny, niż jestem. Kiedy mogę robić rzeczy, które są dla mnie naturalne, i to nie jest dla nikogo problemem – opowiada. Owo światło to dla niego rodzaj zatrzymanego czasu. Jak zapach wilgoci i starego drewna. Smażonych naleśników. Zapachy u jego babci. Ostatnio, jak leciał samolotem i przyszło mu do głowy że oddałby obie nerki, żeby tych wszystkich najważniejszych ludzi, tych, co są
i co odeszli, zebrać razem w jednym miejscu, takim
jak ten ciasny samolot, i chociaż przez 10 sekund być blisko.
– I wznieślibyśmy się ponad te chmury, a za oknem padałoby to światło… To jest ten jeden jedyny moment i czujesz uśmiech Najwyższego.
– Jesteś wrażliwym facetem.
– Taaa…, gdzieś słyszałem, że płaczę przy Rammsteinie.
– Dlaczego ty nawet w życiu grasz zawsze takie postaci… ekstremalne?.
– A czy to moja wina że mam taki ryj?
– Nie masz ryja.
– Mam.
– Snobujesz się na ten ryj. Sorry, Eryk, jesteś przystojnym facetem. Nieważne, jak bardzo ci to
nie na rękę.
Eryk patrzy dość zdziwiony.
– Bo ty masz te swoje patenty psychologiczne, żeby mnie podejść! – atakuje w końcu.
– Nie mam patentów, mówię o swoich odczuciach.
– A ja żyję z odczuć.
Czuję, że zbliżamy się do końca. Więc wreszcie zadaję najważniejsze pytanie na dziś: – Eryk, a kim ty właściwie jesteś?
– Jestem jednym z 40 milionów ludzi w tym kraju, taki jak następny, kolejny, jakikolwiek, normalny, no. Biednym, małym robaczkiem, który gdzieś tam z boczku turla se tę małą kuleczkę, kupkę gnoju, i tak ją sobie turla, tu popatrzy, tu doklei, tu go coś zdzwi…
– To ty prosty facet jesteś – mówię.
– Niekórzy mówią nawet, że prostak, i bardzo się z tego cieszę.
Tekst Dorota Szelągowska
Zdjęcia Aldona Kaczmarczyk
6
































































