Zapisz się do newslettera:




HOME / ISSUE 2 / Kobiety - 4 Kobiety Które Kochamy

WOMEN WE LOVE

ISSUE

4 Kobiety Które Kochamy
Poznajcie: piękne,  mądre,  utalentowane
Kobiety Które Kochamy
Kochamy piękne kobiety i nie mamy zamiaru się tego wypierać – w końcu tak jesteśmy skonstruowani. Piękne, które mają w sobie to coś. Co to jest? Talent, pasja, upór, wiara w siebie… A może chodzi o ten , osławiony błysk w oku? Mają go cztery wyjątkowe kobiety, które zaprosiliśmy do tego numeru. Piękne i w dodatku działające w pięknej branży. Cztery artystki, prawdziwe. Nie było łatwo do nich dotrzeć. Nie było łatwo przekonać do spotkania. Dla nich najważniejsza jest sztuka. Media to coś, czego do życia, nie potrzebują. Nam się udało, w końcu my to nie media. My to MaleMEN.

Panowie, poznajcie: piękne, mądre, utalentowane.
WIORIKA

Drobna, krótko ostrzyżona dziewczyna. Mówi dużo i szybko, dużo się śmieje. Wiorika Zagórowska ma 31 lat, ale jej życiorys mógłby spokojnie wystarczyć dla trzech osób. Przez długi czas znana jako modelka. Współpracowała z Rolandem Toporem, Franciszkiem Starowieyskim, Russellem Wongiem i Mariuszem Trelińskim, jej zdjęcia były m.in. w „Vogue’u” i „Harper’s Bazaar”. Dziś bywa dyrektorem artystycznym sesji, makijażystką, projektuje logo, urządza mieszkania, mówi w trzech językach i ćwiczy capoeirę. I maluje. Pół-Mołdawianka – stąd niespotykane imię. W wieku 16 lat wyjechała na pierwszy zagraniczny kontrakt, jako modelka. „12-letni epizod. Ważny, bo uwierzyłam, że można
robić to, co się kocha” – opowiada. Po powrocie skończyła studia na Europejskiej Akademii Sztuk, Wydział Malarstwa , z aneksem Sztuki Użytkowej. I… odkryła capoeirę. „Tylko , nie pisz, że capoeira jest tańcem” – uprzedza. To sztuka walki, gra. Ta gra stała się dla niej równoległą linią życia, formą terapii. „Jak coś ci nie wychodzi, capoeira pozwala to przerobić, przezwyciężyć”. Uwielbia tworzyć nowe rzeczy, sprawiać ludziom przyjemność. „Na wystawach zawsze mam wspaniałych gości – mówi. – Mam wrażenie, że są spragnieni takich imprez”. Ostatnio założyła z koleżankami grupę PaintHouse. Promują młodych artystów. Jednocześnie zaczęła studia podyplomowe na kierunku marketing kultury. „Chcę się jeszcze wyspecjalizować w sprzedawaniu sztuki. W końcu to produkt. Luksusowy, ale produkt” – mówi. I na pewno tak zrobi.
ANIA

Przed sesją Ania Orlikowska upewnia się, że nie będziemy chcieli zrobić z niej romantycznego dziewczątka. Ten styl nie jest , jej specjalnie bliski. Na potwierdzenie wysyła plik ze swoimi pracami: film o robakach, sceny zbrodni i dance macabre. Prace Ani są znane w świecie, kupują je galerie i opisują zagraniczne pisma branżowe. A ona superskromna. Między wyjazdami, na stypendia do Niemiec mieszka i pracuje w Łodzi. Tam skończyła grafikę i malarstwo na ASP. To jedna z niewielu artystek, którym udaje się żyć ze sztuki kompletnie nieużytkowej. To nie są ładne obrazki do powieszenia w salonie. Za to sporo wijących się dżdżownic i sierści. Często motyw przemijania. Albo budowlane wariacje. „W Berlinie dostałam pracownię, która była taka kompletnie nie moja – opowiada. – Białe ściany, wielkie okna, coś zupełnie odwrotnego od klimatów, które mi się z pracownią
kojarzą. I tylko jeden silny element: czarny kaloryfer. Rozrósł się więc na całe pomieszczenie, wychodził z podłogi i w niej znikał. Anna przerobiła budowlane absurdy na sztukę. Zdaje sobie sprawę, że jedni mogą uznać to za przejaw geniuszu, inni za coś, co właściwie mogą zrobić sami, a
jeszcze inni w ogóle nie zauważą. Choć posługuje się wiertarką lepiej niż niejeden facet, w domu lubi oddawać te sprawy w męskie ręce. „Taki kobiecy kaprys” – żartuje. Lubi też wyglądać seksownie. Jej prace , nie muszą się podobać, ona sama… owszem. No, chyba że akurat jest w ciągu
pracowym, wtedy ma wygląd głęboko gdzieś. Artystyczna schizofrenia. Jej partner musi być artystą – tylko taki jest w stanie zrozumieć ten tryb życia. Czuje się strasznie szczęśliwa, że może tworzyć i zarabiać. Przecież jest jednym z roczników, ktore zaczynając studia, nie miały prawa mieć jasnych planów na przyszłość – nie było galerii, na sztuce się właściwie nie zarabiało. Ania ma w sobie spokój, pokorę , i jednocześnie tę niesamowitą pewność siebie, tego, że idzie w dobrym kierunku. Pewnie dlatego jej się udaje.
AGATA

Kompozytorka i wokalistka. Kiedy stoi na scenie, widzom zapiera dech w piersiach. Agata wprowadza ich w trans. Jedna, z najbardziej znanych młodych kompozytorek muzyki współczesnej na świecie. Jako śpiewaczka wykonuje wiele prawykonań utworów najznamienitszych światowych kompozytorów. Ciągle w trasie, na Akademii lub w studiu. Oderwana od rzeczywistości, skupiona na sztuce. Każdego roku odbiera kilka ważnych nagród. „Przełomem był Paszpot Polityki 2004, uznanie poza branżą muzyczną” – mówi. Agata Zubel urodziła się 30 lat temu we Wrocławiu. Od początku było jasne, że zostanie kompozytorem. Śpiew przyszedł trochę później. Bo Agata uważa, że każdy kompozytor powinien , być wykonawcą, a wykonawca kompozytorem. Oczywiście nie każdy musi robić obie te rzeczy publicznie, śmieje się. Ona może. Skończyła studia kompozytorskie i wokalne na Wrocławskiej Akademii Muzycznej, tam też zrobiła doktorat, teraz wykłada. Przyznaje, że jest
perfekcjonistką, być może dlatego zaczęła śpiewać własne kompozycje – bo… kto zrobi , to lepiej? Niektórzy mówią, że jej muzyka to sztuka dla zaawansowanych. Nie rozumieją jej ci, którzy szukają prostej harmonii i „ładnych” melodii. Czy nie ma poczucia, że jest rodzynkiem w męskim świecie? „W muzyce współczesnej , nie czuje się już takiego podziału”, mówi Agata. Ale kobiet kompozytorów jest mniej. Może jest im trudniej skupić się wyłącznie na tworzeniu, poświęcić się? „Na pewno tak, ale w momencie, kiedy to jest pasja, nazwijmy to nawet miłością, to nie ma takich pytań, czy ja się poświęcam, czy nie. Po prostu robię to, co kocham, i bardzo się cieszę, że mogę to robić”. Jej mąż również jest kompozytorem. Wspierają się, inspirują, ale kiedy oboje tworzą, życie domowe staje na głowie. Bo kto by się przejmował obiadem lub porządkami…
MARTA

Baletnica. Pierwsza solistka Teatru Wielkiego – Opery Narodowej w Warszawie. Rozmawiamy tuż przed premierą „Anny Kareniny”, w której tańczy główną rolę. Pełna energii, błyskotliwa. Mówi z prędkością karabinu maszynowego. Marta Fiedler urodziła się w 1980 roku , w Poznaniu. Kiedy w
wieku trzech lat zobaczyła w telewizji „Jezioro łabędzie“, postanowiła, że będzie baletnicą. Siedem lat później zdała , do szkoły baletowej. Tu, w przeciwieństwie, do innych odmian tańca, gdzie 12-letnie dziewczynki wyglądają jak dorosłe, seksualność odkrywa się dosyć późno. „Jest mnóstwo cukierkowych ról księżniczek i czasem zostaje się w nich zbyt długo” – opowiada. – Ale sceny nie oszukasz. Dlatego role Carmen czy jakiejś kurtyzany tańczy się dopiero po osiemnastce. Na scenie musisz być aktorem, liczą się dojrzałość i oczywiście talent. Można próbować nadrabiać genialną techniką, ale nie zawsze, się da”. Pytam o rywalizację w tym damskim świecie. Marta twierdzi, że podstępy znane, z teatralnych legend – te o pinezkach w pointach, i zamykaniu rywalek w
toalecie – przeszły już, do historii. Dwie najlepsze przyjaciółki również są solistkami, chcąc nie chcąc „walczą” więc, o te same role. „Mam poczucie, że to jest zdrowa rywalizacja, umiem się cieszyć , z ich sukcesów“. Kiedy po urodzeniu dziecka wróciła do teatru nie mogła się przyzwyczaić: tu za dużo, tu mi brzuch zwisa. Po dwóch tygodniach miała już dawną sylwetkę. Ciążę i potem rok w domu wspomina fantastycznie. „Byłam pulpetem, karmiłam, czułam się świetnie!” – opowiada. Wie, że jak skończy karierę, da sobie radę. Marzy o tym, by szyć stroje do tańca. Ktoś w internecie napisał: „Kiedy Marta Fiedler wychodzi , na scenę, nieważne, ile jest osób – widać, tylko ją”. Marta jest wystarczającym, powodem do tego, by mężczyźni polubili balet.

Tekst Dorota Szelągowska, zdjęcia Barbara Czartoryska
1 2 3 4

WOMEN WE LOVE

MALEMEN MEN

3