
Pisarka ceniona w Polsce za niepodrabialność, nieoczekiwane zwroty słów, błyskotliwą wrażliwość na wszelkie rejestry języka – polskiego. Ceniona za granicą nie wiadomo tak do końca za co, bo przetłumaczyć jej książek czy sztuk pisanych na zamówienia teatrów nie sposób. Ale coś w jej temperamencie, rytmach języka i stylu jest, skoro zjeździła pół świata i żyje z tantiemów
za spektakle wystawiane w najbardziej nieoczekiwanych miejscach na ziemi.
Równo dziewięć lat temu o tej samej porze na piątym piętrze blokowiska w Wejherowie w ekspresowym tempie powstawała pionierska powieść dresiarska pod tytułem „Wojna polsko-ruska”. Niedługo potem ludzie pożyczali sobie pod stołem pierwsze wydanie książki, która wyszła w nader skromnym nakładzie. Autorką była niejaka Masłowska, podobno niezwykle obiecujący talent literacki; sam Jerzy Pilch poświęcił jej wówczas felieton. Poznałem wówczas z przyczyn służbowych Masłowską Dorotę. Do dziś pamiętam, co sobie myślałem, samochód prowadząc w kierunku Wejherowa, na nasze spotkanie: że skoro dresiarskie książki pisze, to pewnie dresiara;
że skoro język taki blokowiskowy, to pewnie wygląda jak z blokowiska zdjęta i jeszcze tak samo się zachowuje, dobrze, żeby mnie
w pysk nie zdzieliła, a na pewno dmuchać dymem z papierosa będzie w nos złośliwie. Bo wiele osób tak myśli sobie o autorach
– jak piszą, najpewniej tacy są w życiu. O jak się wówczas cudownie rozczarowałem! Bo Dorota okazała się chyba najbardziej normalną osobą, jaką w życiu poznałem. Bez śladu zmanierowania, pozy, kompleksów czy udawania. Nadzwyczajnie wrażliwa, obserwująca i wyczulona, wszelką sztuczność i pretensję obśmiewa i zamienia w groteskę. Z jej głowy płynie strumień słów w takiej kolejności, z taką siłą i łatwością, w takim natężeniu i rozmiarze, że u każdego, kto w życiu próbował coś napisać, wywołać może tylko atak zazdrości.
Świat wybuchnie
Do dziś Dorota nie zmieniła się nic, poza tym może, że ma córkę Malinę, lat siedem. Wciąż mam kasety z nagraniem naszej rozmowy sprzed lat, skrupulatnie je przechowuję, by w przyszłości sprzedać na Allegro za miliony. – Świetnie, ale jeśli możesz, to za 100-200 lat – mówi Dorota. Sama by takich rzeczy nie trzymała. – Bardzo nie lubię archiwizacji, jestem przeciwniczką archiwów, niszczę, palę i utylizuję. Archiwiści są w szponach przeszłości.
Potwierdzam, mam osobowość kustosza, ale nie przesadzam z archiwami, nie dopuszczam, by mnie w jakikolwiek sposób przytłoczyły czy zajęły zbyt dużo miejsca. A kiedy wyciągam z pudła starą ściągę z klasówki, to robi wrażenie na dawnych współuczniach. Dorota rozumie: – Nie zamierzam forsować swojego stanowiska, wiem, że pełnię inną rolę w społeczeństwie. Tyle piszę, że archiwizuję siłą rzeczy, nie muszę trzymać zakrętek i zapałek z ‘87. Poza tym mam za dużo wszystkiego, za dużo zdjęć, za dużo wycinków z gazet o sobie, gdybym to chciała trzymać, to bym musiała się wyprowadzić.
Współczesność obfituje w narzędzia archiwizacji, powstają dziesiątki miliardów zdjęć dziennie, nikt tego nigdy nie będzie oglądał, to nie ma żadnej wartości. Nie ma co trzymać śmieci, świat i tak niedługo wybuchnie. Tak sobie o archiwach rozmawiamy, pojadając oldskulowe ciasteczka z makiem. – Hmm, biszkopcik z marmeladką w środku, powinien jeszcze długo leżeć w pomieszczeniu, gdzie się pali dużo carmenów dla pełni smaku – Dorota dobrze zna miejsce zakupu tych delikatesów. To cukiernia niemal wyjęta z jej książek, niestety. Reklama z ceraty, przed wejściem plastikowy lód sztuczny rozmiarów dorosłej osoby. – To niesamowite, przecież te dekoracje powstały w czyimś umyśle, ktoś to zaprojektował!
Dorota Masłowska „Buduje imperium” – całość w 17. numerze.
Świat wybuchnie
Do dziś Dorota nie zmieniła się nic, poza tym może, że ma córkę Malinę, lat siedem. Wciąż mam kasety z nagraniem naszej rozmowy sprzed lat, skrupulatnie je przechowuję, by w przyszłości sprzedać na Allegro za miliony. – Świetnie, ale jeśli możesz, to za 100-200 lat – mówi Dorota. Sama by takich rzeczy nie trzymała. – Bardzo nie lubię archiwizacji, jestem przeciwniczką archiwów, niszczę, palę i utylizuję. Archiwiści są w szponach przeszłości.
Potwierdzam, mam osobowość kustosza, ale nie przesadzam z archiwami, nie dopuszczam, by mnie w jakikolwiek sposób przytłoczyły czy zajęły zbyt dużo miejsca. A kiedy wyciągam z pudła starą ściągę z klasówki, to robi wrażenie na dawnych współuczniach. Dorota rozumie: – Nie zamierzam forsować swojego stanowiska, wiem, że pełnię inną rolę w społeczeństwie. Tyle piszę, że archiwizuję siłą rzeczy, nie muszę trzymać zakrętek i zapałek z ‘87. Poza tym mam za dużo wszystkiego, za dużo zdjęć, za dużo wycinków z gazet o sobie, gdybym to chciała trzymać, to bym musiała się wyprowadzić.
Współczesność obfituje w narzędzia archiwizacji, powstają dziesiątki miliardów zdjęć dziennie, nikt tego nigdy nie będzie oglądał, to nie ma żadnej wartości. Nie ma co trzymać śmieci, świat i tak niedługo wybuchnie. Tak sobie o archiwach rozmawiamy, pojadając oldskulowe ciasteczka z makiem. – Hmm, biszkopcik z marmeladką w środku, powinien jeszcze długo leżeć w pomieszczeniu, gdzie się pali dużo carmenów dla pełni smaku – Dorota dobrze zna miejsce zakupu tych delikatesów. To cukiernia niemal wyjęta z jej książek, niestety. Reklama z ceraty, przed wejściem plastikowy lód sztuczny rozmiarów dorosłej osoby. – To niesamowite, przecież te dekoracje powstały w czyimś umyśle, ktoś to zaprojektował!
Dorota Masłowska „Buduje imperium” – całość w 17. numerze.
87








































































