Joanna Rachoń
15.02.2013

Dziś Sartorialist ze swoim blogiem jest bardziej wpływowym kreatorem mody niż którykolwiek z projektantów. Podobną rolę, choć całkiem inaczej i na inne lata rozpisaną, dla polskiej mody odegrał Jerzy Antkowiak. 

Gdyby w latach 60. XX w. podstępnie nie wtargnął do Mody Polskiej i w ciągu kilku lat dyskretnie, ale nieodwracalnie nie narzucił jej swojego stylu, być może jak w bratnim NRD „modę” dyktowaliby i u nas krawcy podporządkowani partyjnej ideologii, a piękno, kolor, szyk i odrobinę szaleństwa szmuglowalibyśmy jak komiksy, dżinsy, płyty i gumę do żucia w paczkach od wujka z Ameryki.

O jego przychylność i pochwały jeszcze do niedawna zabiegali wszyscy, którzy mieli lub chcieli mieć z modą coś wspólnego. Nie dlatego, że miał szczególną władzę, ale dlatego, że – co rzadkie – władzę miał, bo liczono się z nim, bo miał i ma nieprawdopodobny talent. „Mistrzu” − mówili do niego i partyjni notable w czasach PRL-u, i modelki oraz modele z jego ekipy, i artyści scen, nie tylko polskich. I ci, którzy mogliby być jego synami i wnukami, a dziś organizują pokazy, komentują styl ulicy i mówią nam, z czym do czego, żeby wyglądało. Umiał skutecznie nie zmarnować talentu (choć wielu skutecznie go marnowało), nieszczególnie poważnie traktując władzę, choć ta nieraz szczególnie starała mu się przypodobać. Nie tak ogólnie jako władza, ale pojedynczo – jako żona tego czy innego sekretarza.

Do Mody Polskiej, czyli jedynego miejsca, gdzie robienie mody w PRL-u było skuteczne, wtargnął w 1961 r. niewinnym podstępem – przekonał „Grabulkę”, wytworną dyrektor, że od lat projektuje do szuflady. Chciała obejrzeć co, więc w dwie noce narysował wiele projektów, podlał kawą, postarzył, trzymając nad płomieniem zbyt świeże kartki i… został przyjęty do pracy. Wcześniej wyrzucony z Wydziału Malarstwa Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych we Wrocławiu, po tym jak namalował zakonnice. – Usłyszałem, że trzeba klasę robotniczą malować! Było to moje ostatnie dzieło na wydziale malarstwa. Zakonnice wiszą dziś w centralnym punkcie w jego salonie w domu pod Warszawą.

Na jednym obrazie fascynacja nie tyle zakonnicami, co w ogóle światem klasztornym, się nie zakończyła: zaprojektował całą kolekcję „Jak bawiły się klasztory”, ostatni raz pokazaną w latach 90. podczas Targów Poznańskich. Kiedy oglądamy tamten pokaz na wideo, mówi: – Już nie ma takich modelek! Dziś nie mogę patrzeć na te sunące rzędem wychudzone topielice. Ja nigdy nie potrzebowałem reżysera do pokazu – mówiłem dziewczynom: macie te moje czernie, usłyszycie tango, wiecie, co robić. I jakoś umiały się poruszać, czuły i styl, i muzykę… Robiły nie tyle pokaz, co spektakl.

Kiedy schodzimy do piwnicy, by obejrzeć pojedyncze rzeczy, które po likwidacji Mody Polskiej pozwolono mu zatrzymać, trudno nie mieć wrażenia, że istotnie są tak skrojone, tak wymyślone, że zakładając je, pozwalasz, aby zmieniły ciebie.

Nie ma siły, aby w pelerynie z podwójnej tafty z pięknym kapturem nie poczuć się jak Anna Karenina czy w płaszczu atamańskim wciąż tym samym krokiem przejść do samochodu. Nawet syn Jerzego Antkowiaka, o którym mówi Kajutek (dziś ojciec rodziny; właśnie świętujący narodziny pierwszego syna – wcześniej same dziewczynki cieszyły dziadka, cieszyły, mimo że od kwestii stroju trzymają go na dystans), no więc nawet syn – choć „model z niego żaden”, nonszalanckim i pewnym krokiem w garniturze, już nawet nie na granicy, ale ciut poza granicą ryzyka – przemaszerował na pokazie przed wstrzymującą oddech publicznością. Oddech wstrzymali przede wszystkim Włosi, którzy tkaninę: delikatną, żółtą w odcieniu złota, w piękne wzory kwiatowe podesłali, oczekując, że powstanie z niej awangardowy damski kostium,  a nie garniak, w jakim prawdopodobnie nikt poza dorosłym synem mistrza wystąpić by się nie odważył (na zdjęciu).

Syn jednak nie do takich rzeczy nawykł był. Kiedy poprosił ojca o płaszcz „ale wiesz, tato, taki normalny, zwykły płaszcz”, dostał nie tylko tak czerwony, że widać go z satelity, ale i z pomiętej tkaniny, co wówczas – zanim takie techniki pojawiły się w modzie – także budziło sensację. Do tego podszewka w kolorach tęczy i takiż szal (Jerzy Antkowiak ma ten płaszcz na sobie na naszym zdjęciu). Kiedy przebieramy w tych rzeczach, z których wiele chciałoby się, nawiasem mówiąc, zwyczajnie podwędzić, kiedy oglądamy detale, staranne wykończenia… nagle uderza myśl, że choć niektóre z tych projektów są całkowicie szalone, nigdy nie wygląda się w nich śmiesznie. Ekstrawagancko, ale nie śmiesznie. W tym czuć rękę mistrza.

Jego kreska, charakterystyczna, zdecydowana, mocna i rozpoznawalna, do dziś robi wrażenie. Kiedy przeglądamy kartony z setkami projektów, każdy opisany zamaszystym pismem, do każdego dopięte szpileczką próbki tkanin, z jakich mają być wykonane, odkrywamy dziesiątki takich, które dziś z powodzeniem można by wdrożyć do najnowszych kolekcji. Jerzy Antkowiak macha ręką. – Któregoś dnia, droga pani, niczym Elizabeth Taylor powiedziałem sobie: czas z tym skończyć! Nieodwracalnie. I zająć się życiem rodzinnym intensywniej – ucina temat. Mimo że na panelu zorganizowanym niedawno wspólnie przez „Malemena” i H&M nie tylko nie miał sobie równych w mówieniu o stylu, ale poproszony o wystylizowanie współczesnego mężczyzny z najnowszej kolekcji H&M wyczarował taką, że młodszych kolegów po fachu znokautował. Klasą, prostotą, fantazją, odwagą i – dobijmy leżących – elegancją.

Życiu rodzinnemu postanowił się poświęcić, co oznacza, że częściej jest w domu. – Nie, żebym nie lubił już w miasto pójść – puszcza oko. Mieszkają z żoną skromnie, ale z fantazją. Gdyby był, kim był, teraz naprawdę miałby willę w Komorowie z basenem. – Kiedy mnie o to pytają – mówi, szukając kubka na kawę; w niewielkiej kuchni ledwie się mieścimy we trójkę – to nie zaprzeczam! Dom wprawdzie zwykły, żadna willa wprawdzie, nie w Komorowie, ale w końcu tylko 30 metrów za Komorowem, to jakby „w”, a basen… No cóż, przyznam, że przebywając na oddziale szpitalnym, jeden podwędziłem, mam go tu gdzieś. Więc chyba nie kłamię, przytakując?

Poza basenem ma w domu różne skarby. Ryciny z modą stoją obok zdjęć rodzinnych. Najmłodszy wnuczek – choć ma dopiero kilka dni − też ma już swoją ramkę. Samowar za bezcen kupiony w Gruzji obok popiersia przytarganego z innej wyprawy. Na ścianie obok wielkiego lustra w drewnianej ramie − szal ze słynnym wzorem z waz greckich zaprojektowany przez Yves’a Saint Laurenta. Na wyprodukowanie takiego samego w Milanówku Antkowiak dostał zgodę projektanta. – Zapytali tylko, czy w celach komercyjnych. Jak powiedziałem, że artystycznych, dostałem glejt. A teraz wisi sobie tu… Ja lubię pewne rzeczy mieć tylko dla siebie – doda po chwili. 

komentarze
Dodaj komentarz

Nie ma jeszcze komentarzy. Bądź pierwszy i dodaj swój komentarz!

Dodaj komentarz
Wyślij